A mury runą

Ile razy w życiu zdarzyło ci się stać przed solidną ścianą, która zmusiła cię do zadania pytań w stylu: „I co dalej?”. W sytuacjach tzw. bez wyjścia zaczynamy na serio szukać rozwiązania i podejmować bardzo konkretne decyzje, bo to bardzo niekomfortowe uczucie stać przed murem. Ale czy nie lepiej by było zadawać sobie pytania o lepsze, mniej stresujące i bardziej twórcze wybory zanim życie postawi nas pod przysłowiową ścianę?

Czy zadałeś sobie choć raz w życiu pytanie typu: „Jakiego rodzaju bariery sam sobie wybudowałem, które nie pozwalają mi żyć na co dzień w lekkości, w przestrzeni serca, w której istnieją nieograniczone możliwości, tylko potrzebuję tak radykalnych i nieprzyjemnych sytuacji, żeby powrócić do przytomnej obecności w zaistniałym problemie?”

Zwróć uwagę, że kiedy jest naprawdę źle to zaczynamy szukać, pytać, dzwonić do przyjaciół, chodzić do doradców, prawników, wróżek, terapeutów, lekarzy pierwszego kontaktu, a potem lekarzy specjalistów i wreszcie do cudotwórców. Za odpowiedzi i pomoc udzieloną przez nich musimy często słono zapłacić. Zadałeś sobie pytania: „Co by było, gdyby życie nie musiało stawiać mnie pod ścianę po to, aby być w pełnej obecności samemu ze sobą?”

Ależ problemy są nie do przezwyciężenia! – mówią co niektórzy.

Czyżby? Czyje to przekonanie? W jakiego rodzaju podręczniku zostało to powiedziane?

Nie muszą nam lecieć na głowę cegły, żeby zacząć być bardziej świadomym. Jakie rodzaju ograniczenia kiedyś wybraliśmy, że poszukujemy wyboru dopiero w ostateczności? Jakiego rodzaju bariery sobie postawiliśmy, że jesteśmy gotowi zmierzyć się ze świadomością tylko w przypadku bólu, czyli w sytuacji, gdzie poszukiwania wyjścia są już bardzo ograniczone? Jeśli reagujemy w sposób wyuczony, uwarunkowany rozumem to każda tzw. chwila i możliwość dokonania wyboru spotyka się w naszym czytniku jako „straszna, bolesna i zbyt raniąca”, żebyśmy byli w stanie stawić jej czoło w pełnej przestrzeni serca. Kiedy energia staje się zbyt intensywna, a wszystkie momenty dające nam możliwość zmiany reakcji i wybrania inaczej, odczuwane są bardzo niekomfortowo wtedy reagujemy w znany od wieków sposób – wylogowujemy się.

Kobieta bita i zastraszana przez męża pijaka (choć bywa i odwrotnie) wybiera zwykle tryb tzw. przetrwania, czyli odcina wiele swoich kawałków świadomości, umniejsza siebie w każdy możliwy sposób, aby tylko być jak najmniej widoczna, aby tylko to co boli, docierało w minimalnej formie. To zamykanie swojej przestrzeni i odrywanie od własnego pola serca jest jakimś wyborem, zdefiniowanym kiedyś jako jedyny możliwy sposób na odczuwanie jako takiego szczęścia. W umniejszonym stanie świadomości tzw. radość życia mieści się w znacznie mniejszej przestrzeni np. w bezpieczeństwie. Chociaż w przypadku ofiar przemocy ta przestrzeń jest jeszcze mniejsza i oznacza czystą chęć przetrwania. W obkurczonej, potłuczonej do małych kawałków przestrzeni dokonujemy wyborów, które dają nam pozornie najwięcej wolności.

Ktoś obserwujący z boku tak wystraszoną, zmaltretowaną przez życie kobietę powie, że sama jest sobie winna, bo przecież wokół jest tyle innych możliwości, jak pójście na komisariat, przestanie usprawiedliwiana męża czy po prostu ucieczka z domu. Czy jednak zdziwienie widokiem cudzych ograniczeń nie wywołuje w tobie dziwnie nieprzyjemnych reakcji?

Łatwo odczuwać irytację z powodu czyjejś „głupoty”, ale czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, co kryje się za tą silną energią irytacji z powodu czyjejś bezradności? Czy ktoś kiedyś powiedział tej kobiecie, że w momentach tzw. zagrożeń można nauczyć się wchodzić w większą przestrzeń, czyli przejść z głowy do serca – odczuć tę sytuację całą sobą i ją odmienić? I czy ktoś powiedział to tobie?

Powiększenie siebie do świadomości, a nie tylko intelektu i umysłu daje tylko pozornie więcej bólu. Z kolei wycofywanie się z czegoś daje pozornie ochronę. Wycofanie, umniejszanie swojej przestrzeni, odcinanie kawałków siebie, aby uderzenia jak najmniej nas bolały, oznacza obkurczanie siebie, a tym samym ograniczenie wyboru.

Słyszałam kiedyś historię o pewnym Indianinie, który w czasie drugiej wojny światowej służąc w wojsku amerykańskim trafił do niewoli. Tam był poddawany torturom, które bardzo okaleczyły jego ciało. Po wojnie wrócił do swojej wioski, ale tylko po to, żeby móc umrzeć wśród swoich. I co zrobili jego współplemieńcy – czy podali mu ciepły pled i pozwolili się już tylko położyć i odejść z tego świata z poczuciem żalu? Rada starszych po długiej naradzie postanowiła przywrócić go do życia w bardzo osobliwy sposób. Wyniesiono go do dżungli i pozostawiono w bardzo trudnych warunkach. Dopiero w zmierzeniu z takim stanem miał podjąć wewnętrzną decyzję, czy woli odejść, czy jednak przywołać siebie do siebie. W sercu każdy z mieszkańców wioski pragnął, by ów umniejszony w każdy możliwy sposób nieszczęśnik odzyskał siebie. Mogło do tego dojść dzięki radykalnej formie terapii – nie w zatracaniu się w małym sobie, w swoim żalu i upokorzeniu, tylko – w przywołaniu wszystkich odrzuconych gdzieś w cierpieniu części siebie. Po przejściu bardzo intensywnej rozmowy z własną świadomością okaleczony wcześniej Indianin odzyskał siebie, czy jak on to nazwał – odzyskał swoją zagubioną duszę, a wraz z tym powrócił całkowicie do zdrowia. Może to bardzo survivalowy sposób na odzyskiwanie swojej przestrzeni serca, ale nie musi to być sposób jedyny.

Swoją drogą Indianie i wszyscy ludzie żyjący w większej jedności z przyrodą potrafią w bardziej świadomy sposób wybierać każdą następną chwilę, stawiać stopy tak, by kroczyć bezpiecznie po niezupełnie pewnym podłożu, odbierać dźwięki i zapachy, których my byśmy się nawet bali otrzymać, bo czasem niosą one zbyt wyraźnie ostrzeżenie. Żyjąc w dżungli np. trudno być nieobecnym i ujść z życiem przed grożącym wszędzie niebezpieczeństwem. Co nie znaczy, że ludzie ci żyją w ciągłym strachu. Raczej to, co oni wybierają to jest ciągła obecność i odczuwanie każdą częścią ciała większej ilości bodźców. Jakby to było, gdybyśmy zamiast wycofywania się ze zdefiniowanej przez nas jako „niebezpiecznej” rzeczywistości potrafili poszerzyć swoją przestrzeń świadomości na tyle, żebyśmy ją odczuwali jako neutralną, choć mocną energię niosącą możliwości i informacje?

W przypadku kobiety, której cała przestrzeń życia ograniczona jest do bardzo niewielkiej ilości wyborów, uznawanych przez wyuczony intelekt, nawet przyjazd policji niewiele zmienia. A można by nawet powiedzieć, że policja i wszystkie inne przejawy zewnętrznej pomocy przybierają dla niej formę kolejnego zagrożenia, przeszkadzacza, przed którym również musi się bronić i usprawiedliwiać, bo przecież czyjeś wybory dla niej są niemożliwe. Nikt jej nie nauczył, żeby w przypadku zetknięcia z intensywnością energii swoich poprzednich wyborów (bo czymże jest życie, które mamy obecnie?) zaczęła poszerzać swoją świadomość, a nie obcinać siebie kawałek po kawałku. Czasami, w niektórych wypadkach, udaje się poszerzyć tak pomniejszoną świadomość przynajmniej na tyle, że tzw. ofiara przebuduje swoją wizję rzeczywistości w bardziej odważny sposób. Zawsze jednak moment wyrywania się z wcześniejszego algorytmu działania jest odczuwany trochę boleśnie. Bo tak naprawdę to wybór tak wielkich ograniczeń jest również wyborem, który zaszedł już tak daleko, że możliwość przemiany, szansa na ucieczkę z niezbyt wygodnego programu jest odczuwana bardzo mocno.

Jakby to było, gdybyśmy mogli wiedzieć, że wszystko, co jest dyskomfortem, przed którym się chowamy jest możliwością, portalem do zupełnie innych wyborów? Jak by to było wiedzieć, że te intensywne i nieprzyjemnie odbierane przez nas sytuacje nie są wcale „zagrożeniem i nieprzyjemnością”, a przestrzenią nagromadzonych – niezdefiniowanych jeszcze informacji, które wymagają jedynie rozpakowania i odkodowania? Zawężając swoją percepcję do intelektu boimy się z nimi zetknąć, bo liczymy się z tym, że przyjdzie nam się spotkać z czymś nieprzyjemnym. Wolimy się zawczasu ewakuować, ograniczamy się tylko do poruszania w bardzo zawężonej przestrzeni, w bardzo okrojonym fragmencie rzeczywistości i żyjemy na tzw. skraju krzesełka. Jakby co to jesteśmy gotowi do ucieczki, albo tzw. ataku, co jest tylko zawoalowaną formą strachu przed własną świadomością.

Bo gdybyśmy byli w pełni świadomi siebie, w przestrzeni serca, nie traktowalibyśmy życia wokół z poziomu ciągłego zagrożenia. Ta przestrzeń jest tak rozległa i tak otwarta na wszystko, że z jej perspektywy wszystko jest lekkością i radością, bo nic nie ma etykietki, że jest dla niej ograniczeniem. Z przestrzeni serca nie ma takiej rzeczy, której by się nie dało transformować na lepszą. Widok złamanej nogi czy strata czegoś jest dla niej również pewną formą ekspresji, która wyraziła jakieś ograniczone przez intelekt wybory, a według niej wybory można zmienić. Dla niej nie istnieje kwestia czasu, liniowości, dualizm zła i dobra w naszym wydaniu. Dla nie istnieje kwestia wyboru i jego skutek, który to skutek można zmienić, wybierając inaczej.

Jak zacząć żyć wyborami, które będą ponad ograniczoną przestrzenią umysłu?

No właśnie, to pytanie jest jedną z opcji otwierających na większą przestrzeń możliwości, której nie uwzględniłby żaden algorytm. Bo my jesteśmy czymś więcej, niż algorytm nakreślony przez umysł, więc wszelkie próby wybierania zgodnie z intelektem są z góry skazane na kroczenie ograniczoną przestrzenią wariantów.

Kiedy spotykamy się z czymś w rzeczywistości to mamy to już mocno pozaklejane karteczkami, że coś jest dla nas dobre, lub złe i staramy się zareagować. Działając tylko w ten sposób sami wybieramy dostęp do ograniczonego, przećwiczonego do perfekcji pola wyborów. Przecież my wiemy, że jak ktoś się do nas uśmiecha, to znaczy, że ma interes. Jak mąż nie przynosi żonie kwiatów co tydzień, tak jak pokazywali na filmie, to znaczy, że nie kocha. Jak ktoś mi powiedział, że ma inne zdanie, to znaczy, że to idiota i należy mu to powiedzieć. W ten sposób wszelkie kontakty z innymi mogą stać dla nas bardzo bolesne.

Jakby to było, gdybyśmy postanowili być choć przez chwilę obecni z tym niby ciężarem, aby odzyskać pełną informację, co się za tym kryje? Kwantowa świadomość wymaga odzyskania całego siebie, żeby bez strachu zmierzyć się z potężną dawką energii, która nie jest niczym złym, a jednak wywołuje niezłe napięcie . Bo czym jest jakieś nieprzyjemne wydarzenie, strata albo choroba, jeśli nie możliwością zmiany, informacją, że dzieje się coś bardzo potężnego?

Energetyczne ściany są prawdziwe, bo są widoczne i wyczuwalne, ale nie są tym, czym myślimy, że są. Wszystko w rzeczywistości jest czymś innym niż myślimy i nic nie jest swoją odwrotnością. Wiem, że brzmi to skomplikowanie, ale sami kiedyś to sobie tak namotaliśmy. I wszelkie takie intensywne  energetycznie chwile są tylko szansą na zobaczenie, czym rzeczy są naprawdę.

Na pewno słyszałeś o przypadkach, kiedy ludzie w strachu zginęli nie z powodu prawdziwego zagrożenia, ale z powodu jego fałszywego odczytu danych. Pewien człowiek np. zamarzł  w zamkniętej na noc chłodni, która tak naprawdę była wyłączona, więc panowała w niej pokojowa temperatura. Znane są przypadki ludzi, którzy giną w wyniku ukąszeń węży całkowicie niejadowitych, tylko dlatego, że byli przekonani o ich jadowitości. W Australii procent takich śmierci w wyniku przeświadczenia o śmiertelnym jadzie wynosi ponad 40%.

Przeprowadzono kiedyś eksperyment na więźniach skazanych na śmierć, w którym skazańców zamykano w ciemnej celi i włączano dźwięk syczenia węża. Później okazywało się, że umierali oni nie na klasyczny zawał serca ze strachu, ale na ukąszenie, czego dowodził jad węża we krwi zmarłych więźniów. Ślad po czymś, czego nigdy nie było. Śmierć wszystkich tych ludzi była po prostu fałszywą interpretacją wydarzenia. A jak często my fałszywie interpretujemy rzeczywistość wokół? Może wszystko jest wokół możliwością, z której wystarczy zdjąć potencjał strachu? Może straty, choroby, problemy są tylko i wyłącznie pewną formą energii, z której trzeba zdjąć naładowanie i ważność, aby mogły ujawnić się pod nimi zupełnie nowe możliwości? Możliwości, których w najśmielszych marzeniach (czyli w naszym logicznym programie) nawet nie braliśmy pod rozwagę?

Wszędzie tam, gdzie zamiast wyuczonej reakcji – ucieczki przed „niby złym” zareagujemy z poziomu serca, zadając proste pytanie: „Co mogę z tym zrobić?” otwiera się przestrzeń i kreuje coś innego. W eksperymentach kwantowych naukowcy zauważyli tzw. efekt obserwatora, czyli fakt, że obserwator zmienia obiekt samym tylko patrzeniem. Z tego założenia wielu ludzi wysnuło wniosek, że wystarczy gapić się na pojawiającą się właśnie formę i wszystko się pięknie ułoży. No tak to nie działa. To znaczy działa, ale tak, że my obserwując wszystko w ten sam „z góry przez nas zdefiniowany i osądzony” sposób osiągamy wciąż ten sam rezultat. Zmiana w rzeczywistości odbywa się cały czas, ale my swoimi definicjami stabilizujemy ją w tej samej, niezbyt przyjaznej formie.

Jak by to było, gdybyśmy od tej pory w zetknięciu z jakąś intensywną energią zadali proste pytanie: „Co to jest i co mogę z tym zrobić?” a potem puścili wszelkie oczekiwania? Wymaga to sporej dawki zaufania, ale czymże ono jest, jeśli nie kolejną formą bariery, którą sobie postawiliśmy zakładając, że jak odpuszczę kontrolę i nie przypilnuję wszystkiego, to coś zmieni się w niezamierzony, patrz – nieprzyjemny –  sposób?

A jak zmienia się coś, kiedy wszystko kontrolujemy? Tam, gdzie nie lubimy odpuścić zakładamy, jak ofiara przemocy, że otwierając serce nie ochronimy siebie. Cóż za przewrotność! Kwantowy przeskok możliwości zakłada jednak, żeby puścić wszystko to, co zawiera algorytm, bo żaden algorytm nie napisze treści naszego życia tak, jak pełna świadomość.

Czy wiesz, że rzeczywistość, którą widzisz, składa się z większej ilości przestrzeni, niż cząsteczek, które uznajesz za trwałe formy? Skoro atomy składają się z przestrzeni plus czegoś małego w nich, to jak dużo jest ściany w ścianie? A jeśli tak samo jest z naszymi ograniczeniami w życiu? Nie możemy przejść przez ściany z cegieł, a jednak jest tam dużo przestrzeni i niektórym udaje się to dostrzec i wykorzystać. Pozdrawiam wszystkich, którzy rozwalają cegły czy deski jedną ręką i twierdzą, że to bardzo proste – wystarczy uznać, że nie ma ich pomiędzy ręką a ziemią. Jak wiele energii wsadziłeś w to, żeby uznać, że te ściany pomiędzy tobą a nieograniczonymi możliwościami istnieją?

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *