W minionym wieku, kiedy jeszcze niewiele osób w Polsce interesowało się nietypową, biodynamiczną uprawą roślin, ja – dyżurny sprawdzacz wszystkiego, co dziwne, postanowiłam wypróbować się w biodynamicznym ogrodnictwie.

Z tym minionym wiekiem to nie przesadzam. XX wiek był całkiem niedawno, raptem 17 lat temu, gdyby ktoś posądził  mnie o bajkopisarstwo. Konkretnej daty mojej eko – przygody nie podam bo nie piszę autobiografii a jedynie próbuję umiejscowić w naszej polskiej czasoprzestrzeni swoisty fakt, że jeszcze jakieś 20 lat temu ekologiczne podejście do roślin było niezłym szaleństwem, prawie nadającym się do leczenia. Wiem o czym mówię, bo próbowałam się wpasować z nowinkami w klimaty wsi polskiej, ale ówczesna (śmiem twierdzić, że i obecna) wieś nie była na taki kosmos gotowa. Zresztą ja też nie byłam, chociaż do eko – epizodu przygotowałam się starannie czytając wszystkie dostępne wówczas w tym temacie książki. Nauczyłam się w jakich fazach księżyca i innych planet siać, przesadzać, zrywać i odchwaszczać. Opanowałam z grubsza zasady savoir vivre’u roślin, bo jak mówiły fachowe księgi – niektóre z roślin się wzajemnie nie znoszą, więc nie wypada ich sadzać razem na jednej grządce, za to inne  za soba wprost przepadają. W ogóle mnie to nie dziwi znając zasady usadzania gości przy stole na imprezach rodzinnych, gdzie wujek Kazik z wujkiem Mietkiem to może i tak, ale już ciocia Helenka z babcią Krysią za żadne skarby!

Ponadto w biodynamice pędzi się dużo nalewek – może nie alkoholowych, ale prawie. Pędziłam winko z pokrzyw, żywokostów i inne podobne mikstury, które miały wzmocnić ziemię i roślinki, a osłabić nieproszone szkodniki.

Przygoda z nowoczesnym rolnictwem już dawno się skończyła. Nie dałam rady ciągnąć przysłowiowych pięciu srok za ogon. Nie miałam wsparcia forumowiczów z ekowiosek tylko sąsiada Ryśka za płotem, który wierzył w roundup. Jednak eksperyment uważam za całkiem udany, bo wywrócił mój świat mieszczucha oderwanego od przyrody do góry nogami.

I tym przydługim wstępem przechodzę do wyjaśnienia, co wspólnego ma biodynamiczny ogród z kwantowym podejściem do życia. Ujmę to jednym słowem – WSZYSTKO.

Ogród jest przecież metaforą  zasianych intencji. To właśnie ogród pozwolił mi po raz pierwszy wdrożyć w życie coś więcej oprócz logiki z książek (zresztą dla sąsiada Ryśka kompletnie nielogicznych). Sianie i sadzenie stały się nie tylko czysto mechaniczną pro威而鋼
cedurą, ale aktem magicznym. Po zupełnie „nieracjonalne” zabiegi sięga każdy, komu przestanie owocować jabłonka, nie mająca ku temu żadnych logicznych powodów. Kontakt z przewrotnościami natury zmusił mnie więc nie tylko do pędzenia bimbru dla roślin, ale ostatecznie też do szczerych z nią rozmów. Dzisiaj mogę się już śmiało do tego przyznać. Kiedyś za diabła bym tego nie powiedziała publicznie, bo nikt by mnie nie chciał słuchać. No ale dzisiaj, kiedy już coraz więcej normalnych, poważanych osób, co najmniej z tytułem magistra, się do tego przyznaje, to powiem – rozmawiałam ze swoimi marchewkami. 

Niedawno naukowcy stworzyli urządzenia do tłumaczenia języka roślin. A skoro coś takiego działa, tzn., że mnie się nie może wydawać, że kwiatek do mnie przemawia. Swoją drogą zastanawia mnie, po jakiemu taka paprotka przemówiła do naukowców. Po angielsku?

Wielu ludzi na świecie uspokoi to, że wreszcie ktoś udowodni ich rozmowy z kwiatkami, ale nie zmienia to faktu, że jeśli dotąd radzili sobie bez sprzętu, to i teraz  sobie bez niego poradzą. Nadal mogą kochać swoje kwiaty bez słów i w pełnym zrozumieniu. Mam nawet wrażenie, że słowa wprowadzają większe zamieszanie do komunikacji, ale ostatecznie nie bedę narzekać – sama lubię gadać.

Pewna jestem, że osób rozmawiających z roślinami i to bez podpinania się do nich kabelkami jest całkiem sporo. Moja sąsiadka była kiedyś bardzo podniecona faktem, że prywatna dracena wysłała jej brajlem wiadomość. Na ziemię sprowadził ją mąż odkrywając, że autorem listów jest ich młoda kotka. No, ale takie małe nieporozumienia nie zniechęciły mnie do cichych rozmów ze tą częścią świata, która nie ma buzi. Bardzo się cieszę, że naukowcy robią takie urządzenia, które potwierdzą niedowiarkom na piśmie, że to, co mówiła z rana  ich difenbachia nie było halucynacją. Jednocześnie uważam, że jak już spora część społeczeństwa przyjmie fakt komunikacji ze światem roślin, zwierząt do wiadomości, to najlepiej będzie wyrzucić ten cały ciężki sprzęt w diabły. Bo nie o obrastanie w maszyny chodzi. Skoro takie urządzenia do tłumaczenia języka roślin są całkiem świeżą sprawą, więc i rozmowy z roślinami możemy uznać za postępowe i nowoczesne. Mam nadzieję, że dożyjemy czasów, w których komunikacja ze światem przyrody będzie tak oczywista, że za rolnictwo postępowe będzie uważana rozmowa z krzakiem porzeczek, a nie podlewanie go ciężką chemią.

Każdemu może dobrze zrobić takie małe ekologiczne przeszkolenie. Żyjemy w czasach, w których za bardzo uzależniliśmy się od jednego możliwego rozwiązania jakim jest biały proszek w farmacji czy rolnictwie. Jako dowód, że nie da się inaczej podpieramy się historiami, że taraz, dzięki boskiej chemii panuje raj na ziemi, a kiedyś to było strasznie. Czyżby? Skąd wiesz, jak było naprawdę? Jak daleko potrafisz zajrzeć w głąb naszej historii i kto ci ją przekazał? Szkoła jest dzisiaj autorytetem, który wbija nam dziwne prawdy do głowy. Najpierw mocno się nas straszy, że alternatywą dla chemii jest już tylko  trójpolówka, a później to już my sami idziemy dobrowolnie do sklepu z trucizną.

Kiedyś byłam absolutną fanką biodynamicznej uprawy roślin, bo sama ją sobie naukowo, na własne oczy udowodniłam. Nie potrzebuję  w tym celu żadnych dowodów i kontrdowodów (proszę mi nie pisać na maila, że się nie znam), bo dobrze wiem, że marchew posiana w dniach korzenia jest większa, niż ta posiana w dzień np. liścia, kiedy to rośnie w bujną nać.

Dziś jestem jednak skłonna przyznać, że zasady biodynamiki to nie jest ostatnie słowo przyrody. Świat roślin dopiero się na nas otwiera i na razie nie zdradził nam zbyt dużo. Chyba dlatego, że nikt go dotąd nie słuchał.

Wystarczyło jednak, że parę postępowych osób otworzyło się na nowe rozwiązania i rozwiązania przyszły. I nie jest to trójpolówka. W kwestii znajdywania nowych metod wymagane jest bardzo kwantowe, pełne zaufania wysłanie intencji i otwarcie się na coś absolutnie niepewnego i nieznanego. I tak pojawił się całkiem nowy – czarodziejski sposób, gdzie człowiek już prawie nic nie musi robić, no może poza wyłożeniem ziemi zrębkami drzewnymi. Metoda nazywa się „Back to Eden” i jak ta piękna nazwa wskazuje, polega na rajskim nicnierobieniu. Może lekko to upraszczam, ale przyznam, że osobiście nie dane mi było sprawdzić, ile pracy zostaje nam do zrobienia w tym rajskim ogrodzie, ponieważ obecnie nie mam ogródka. Za to mam internet i w nim aż huczy od zachwytów forumowiczów (w dużej mierze anglojęzycznych, ale i Polacy zaczęli to powolutku wdrażać w życie).

Dlaczego o niej nie słyszałeś? Mnóstwo ciekawych rzeczy dzieje się na świecie, ale ich wpływ na nasze życie jest tak radykalny, że na pewno nie jest wskazane informować o tym opinię publiczną. Fakt, że mamy internet jeszcze nie gwarantuje ci dostania do ręki odpowiedzi, na które nie zadałeś pytania. Wiadomo, że kiedyś się o tym dowiesz, ale większość osób nawet się o to nie spyta. Osobiście lubię się pytać, czy świat ma dla nas nowe, nieszablonowe rozwiązania i wierzę, że takie przyjdą. W technice mamy niezły przeskok w myśleniu, więc czemu nie dopuścić do takich przełomów w gospodarowaniu przyrodą?

Przyroda już na nas czeka o gotowa na komunikację bezprzewdową. Ci, którzy jeszcze potrzebują oprzyrządowania też mogą dostać swoje naukowe dowody. Może takie potwierdzone na piśmie wypowiedzi ze świata roślin pozwolą na kwantowy skok świadomości większej ilości ludzi, która wreszcie się od nich dowie, że życie radzi sobie dobrze, a nawet lepiej bez chemii.

I tym miłym akcentem zapraszam wszystkich zapalonych ogrodników na rozmowę przy herbatce z grządką kapusty, albo przynajmniej z kwiatkiem na oknie.

 


3 komentarze

Ewa Kadlubek · 29 czerwca 2017 o 16:43

No dobrze.Piekne przeslanie,ktore wykorzystam. Mam od wielu lat w ogrodzie piekne drzewo mirabelki. Pod nia od lat stoi ogrodowy stol.Wiosna zachwycalismy sie kwiecistym parasolem naszej sliwy.A latem jedrna zielenia ktora potem pieknie ubarwiona byla od zoltych do ciemnofioletowych owocow. I BEC: Mirabelka umarla,albo umiera. Zupelnie wyschla ,jest od zeszlej jesieni ciemnobrazowa. Rozpacz. Tyle radosci nam dawala.Przytulalam ja razem z wnusia,mowilysmy jej ze ja kochamy. Jest lato i nic. Moze potrzebuje czasu. Nadchodzi zmrok. Ide jej powiedziec ze ja kocham.

    Ida Smela · 29 czerwca 2017 o 18:18

    Może jeszcze zapytaj co by jej pomogło? I koniecznie poczekaj na odpowiedź. (:

    Henryk · 7 lipca 2017 o 09:03

    Piękne i wzruszające?.Pozdrawiam Sercem??

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *