Pewne wydarzenia rodzinne i zbliżające się święto Wszystkich Świętych, które obchodzi wielu katolików, skłoniły mnie do podzielenia się z Wami moimi dotąd dosyć skrzętnie ukrywanymi  refleksjami. 

 Otóż odwiedzanie grobów przodków i rozmawianie z nimi jest sprawą kulturowo dosyć świeżą, i proszę nie dawajcie mi tu dowodów z różnych stron świata, które przedstawiają kult zmarłych. Nie dotyczą one całej planety a ponadto nie chodzi mi o historię ostatnich pięciu tysięcy lat. Historia, która rozgrywa się teraz jest historią Kali jugi, w której wypaczone są pewne idee przyświecające wielu aspektom życia. Chowanie zmarłych (niekoniecznie w trumnie) i oddawanie im jednorazowo szacunku, czy modlenie się za ich dusze było i będzie zawsze sprawą bardzo ważną. Zgodnie z wieloma przekazami starożytnej wiedzy o świadomości chwile czyjegoś odejścia, są czasem, w którym my – osoby bliskie, lub chociażby tylko postronne, możemy pomóc w przejściu duszy danej osoby do lepszego miejsca przeznaczenia. I nie będę ukrywać, że nie chodzi mi tutaj o niebo, o jakim mówi biblia. Owszem, istnieją planety niebiańskie, ale też i gorsze miejsca (jak ktoś nie wierzy w piekło niech popatrzy na Etiopię, Syrię i inne ziemskie miejsca pełne bólu, głodu i wojny). Chwila śmierci może być dla danej duszy decydująca o tyle, że nie tylko poprawi ona swoje przyszłe materialne życie i np. nie urodzi się w Syrii, ale może też całkowicie opuścić teren materialnych doświadczeń i przejść do świata transcendentalnego, które jest zwane “waikunta”, czyli bez niepokoju, za to pełne nieograniczonego szczęścia.  I dlatego modlitwy i godne pożegnanie umierających są bardzo ważne.  

 Ale cała ta otoczka śmierci i dziwnego kultu zmarłych, wraz z pędem do coraz wystawniejszego i bardziej trwałego, wręcz zamurowanego marmurami, lastrikami i trwającymi setki lat odwiedzinami tych miejsc spoczynku ciała osób, które już dawno żyją gdzie indziej innym życiem jest trochę dziwne i…jak by to ująć…pełne grozy. Czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie to cały kult cmentarny wywodzi się z dosyć niskich sił natury, który był obcy starym cywilizacjom. Jedynymi osobami, które dawno temu ewentualnie zwyczajnie chowano były osoby uznawane za święte, ale i to zdarzało się bardzo rzadko. Generalnie ciała kiedyś palono a popiół wrzucano do świętych rzek i w ten sposób nie tracono czasu na “wielbienie”rozkładającego się ciała, za to pozwalano duszy oczyścić się i pójść w lepsze miejsce. 

Czy zauważyliście, że nasza zachodnia kultura preferuje kolor czerni jako kolor żałoby po zmarłych? Dlaczego więc na Wschodzie kolorem pożegnania jest biel? Skąd to się wzięło? Nikt nie zadawał sobie tego pytania? Biel wcale nie jest kolorem śmierci, jak to wnioskują znawcy żałobnego nastawienia ludzi Zachodu. Biel jest strojem, który wskazuje na to, że żegnamy kogoś, kto odzyskał wyzwolenie z tego ciała. Oczywiście nie wiemy, gdzie i w jakiej formie jest teraz, ale nie musimy pogrążać się w niekończącej się rozpaczy i odcinać od życia tylko z tego powodu, że ktoś przeszedł przez niewidzialne drzwi i już nigdy go nie spotkamy. Czerń jest kolorem odcięcia się, kolorem, który wszystko kończy, nie dopuszcza czegoś ani w jedną ani w drugą stronę. Czerń jest kolorem Saturna, w sanskrycie Śzani Dewy, który sam jest smutny i czarny. Ale jakoś nikt na Wschodzie nie podziela poglądu, że żegnanie zmarłych jest czymś, co kończy wszystko. Oczywiście, że mamy prawo płakać i czuć się smutni kiedy opuszcza nas ukochana osoba. Ale jej odejście nie powinno przesłaniać nam duchowej wizji, jaką jest fakt, że śmierć jest tylko przejściem i biały kolor jest kolorem, który to dobrze oddaje. Nie jest to jednak kolor żałoby, jak interpretują to sobie etnografowie, a raczej kolor wyzwolenia. 

Skąd mi się wzięły te opowieści o przejściu do innych miejsc przeznaczenia? 

Może to okres, w którym jesteśmy, a może wydarzenia, które się mi zdarzyły, ale są zbyt nienaukowe, żeby o nich pisać? Znam jednak ludzi, którzy przeżyli rzeczy jeszcze bardziej dziwne niż moje. Mam wielu znajomych, którzy odwiedzili Bibliotekę Liści Palmowych w Indiach i którym to wydarzenie bardzo pomogło w zrozumieniu tego, co się dzieje w ich życiu. Nie ukrywam, że ich relacje z tych wydarzeń pomogły również mnie. Może wydawać się dziwne, że sama nigdy nie odwiedziłam takich miejsc, ale dla mnie to już nie jest takie istotne. O wiele ciekawsze wydaje się to, że jednak śmierć nie jest rzeczą ostateczną, jaka nas tu spotyka i w tym kontekście bardziej interesujące jest to, co mam z robić z tym życiem i jaki obrać kierunek, żeby przejście na drugą stronę nie uwięziło mnie w miejscu bardzo niechcianym.

Nie jestem przeciwna chodzeniu na cmentarz bo nasza kultura tego wręcz wymaga, ale może ta wizyta za parę dni będzie trochę inna jeśli zastanowisz się, dlaczego w naszej kulturze chrześcijańskiej mówimy o tym jednym jedynym życiu i później stoimy już tylko bezradni i zrozpaczeni nad grobami tych, którzy zmarli?  

Widząc opadające na ziemię liście pomyśl o niezwykłych Bibliotekach Liści Palmowych, w których zgromadzone są życiorysy milionów ludzi na ziemi. Skąd one się tam wzięły i co to oznacza? Czyżby nasze życia były już z góry zaprogramowane i nam przyszło odtwarzać tylko bezmyślnie ścieżkę zapisaną na palmowym liściu? Odpowiedź jest bardziej złożona niż myślisz. Jeśli chcesz to posłuchaj tej historii. 

Wszystko zaczęło się od Brigu Muniego, który jest synem Pana Brahmy. W naszym słowiańskim systemie znamy go jako Światowida. Czy muszę dawać więcej dowodów, że znamy Brahmę? Brigu Muni był wielkim joginem z niezwykłymi mocami a jednym z ciekawszych wydarzeń w jego życiu był fakt, że w stanie medytacji poznał nagle życie milionów ludzi, którzy pojawią się kiedyś w przyszłości na ziemi. Strumień informacji był tak duży i tak przytłaczający, że jedyną formą pozbycia się tego balastu było zebranie tych wszystkich danych na zewnętrznej formie dysku, czyli wyrzucenia ich z głowy i spisanie na liściach palmowych. Jogin tej klasy nie musiał oczywiście spędzać tysięcy lat na skrobaniu pojedynczych liści, tak jak współcześnie nie musimy pisać maila osobno do miliona osób. Wystarczy, że wybierzemy opcję “wyślij do wielu”. Brigu Muni wybrał opcję “spisz wszystko”. Do dzisiaj jest on uznanym Riszim, który odpowiada za dział wiedzy o astrologii wedyjskiej, zwaną “Brigu Samhita”, oraz za pozostawienie po sobie milionów liści palmowych z biografią milionów ludzi, którzy nawet jeszcze się nie urodzili. 

 

No i co ja w związku z tą ciekawą opowieścią, spisaną w wielu niezależnych puranach i dodatkowo potwierdzoną istnieniem kilku Bibliotek Liści Palmowych w Indiach mam mądrego i kwantowego do powiedzenia? Ostatecznie tytuł “Kwantowy zapis” do czegoś zobowiązuje.  

Usiądź wygodnie, bo robi się coraz ciekawiej. Przede wszystkim wcale nie uważam, że spisanie choćby i tysięcy lat temu naszych życiorysów – tego co się nam przydarzyło i co się może, ale nie musi wydarzyć (bo nawet odczytujący liść pandici podkreślają, że jest to opcja, którą możemy świadomie zmienić) świadczy o zdeterminowaniu naszego życia przez jakąś wyższą siłę.  

Jeśli masz w domu psa to wiesz, że jego 15 lat w twoim domu znaczy dla niego tyle, co dla ciebie 80 ludzkich lat. Czyli mając go od szczenięcia jesteś w stanie opowiedzieć jego życiorys od początku do śmierci, jeśli ten już zmarł, czyli jeśli opuścił ten padół ziemski ze swojej psiej starości. Patrząc na jego życie śledzisz 80 naszych lat, a nawet tego nie zauważasz. Jeszcze prościej jest z muchą, której nasze życie zamyka się w 4 tygodniach. Myślę, że po tych przykładach przyjdzie ci teraz łatwiej wyobrazić sobie osoby, które żyją na innych planetach i w innych wymiarach czasowych, żeby zrozumieć, że to co one widzą i obserwują rozciąga się w zupełnie innej czasoprzestrzeni. To co my widzimy jako naszą przyszłość jest już tam widoczne jako teraźniejszość, albo przeszłość. Nasze sto lat życia z pozycji jogina, który żyje setki tysięcy lat (i dłużej, ale już na innych planetach) jest postrzegane przez niego w całości, tak jak my widzimy w całości życie psa, a nawet i 3 psów. Spisanie tego z perspektywy innego czasu jest zwyczajnie obserwacją tego co zrobimy jako coś co już zrobiliśmy. Nie oznacza to jednak wcale, że to co tam jest zapisane, zostało nam narzucone albo nie ulegnie zmianie. Spytajcie osób, które zmieniły niechciane ścieżki i po wysłuchaniu swojego życiorysu z liścia podjęły pewne duchowe działania, po czym zjawiły się po roku czy dwóch ponownie w Bibliotece Liści Palmowych i usłyszały zupełnie inne zakończenie swojej historii. A więc nic co tam jest zapisane, choćby nie wiadomo jak mocno nie oznacza, że jest to coś zdeterminowanego i narzuconego. Jest to zwyczajnie (słowo “zwyczajnie” jest tu nie na miejscu) spisanie pewnej opcji zachowania, jaką widział Brigu Muni w chwili gdy miał wizję. Ale co jest bardzo ciekawe, to to, że Brigu Muni nawet podpowiada, jako osoba życzliwa i widząca ewentualne wyjście z problemu, co innego możemy zrobić. Zdarza się, że osoba przychodząca na odczyt swojego liścia jest od razu informowana, że przychodzi z takim a takim problemem i może zrobić konkretnie to lub to. Albo ktoś słyszy, że dzisiaj nie może dostać odpowiedzi na swoje pytanie albo usłyszenie o swojej przyszłości, ponieważ na liściu jest napisane, że dzisiaj osoba ta nie jest na to gotowa, za to może przyjechać ponownie za 2 lata, lub zrobić odpowiednią pudżę (rytuał wielbienia, który pozwala oczyścić świadomość) i dopiero wtedy przyjść jeszcze raz na odczyt. 

Zdarza się, że ludzie  przyjeżdżają tylko jako osoby towarzyszące komuś innemu, ale i o nich jest wzmianka w liściu, że tego dnia przybędą z kimś na odczyt, po czym wyciągany jest liść specjalnie dla nich. Skąd w ogóle wiadomo, że te liście są naszym i tylko naszym bankiem informacji i nie pasują prawie do każdego, jak to zwykło się zarzucać technice wróżeniu z fusów? Ponieważ na liściu podane są bardzo dokładne dane dotyczące tylko i wyłącznie nas. Na liściu spisanym w starożytnym języku sanskrytu, lub tamil odnotowane są z prawidłowo transliteracją imiona naszych rodziców, dzieci, męża, żony, czasem miejsce zamieszkania, rodzaj wykonywanego zajęcia itp. W przypadku wykonywanej pracy np. programisty komputerowego podawane jest bardzo opisowe sformułowanie, które przecież musi opisać coś, na co rzekomo nie było nazwy tysiące lat wcześniej, ale w przypadku imion zadziwia wręcz drobiazgowa dokładność, która pozwala odtworzyć zarówno imię angielskie Stanley, jak i polskie Czesława. 

Jak ci bibliotekarze się w tym wszystkim odnajdują? Skąd oni wiedzą, gdzie w tych milionach liści mają coś szukać? Przecież tam nie ma katalogów według państw i imion. To są tylko stosy liści. A jednak jest klucz według którego oni się poruszają. Odwiedzający taką bibliotekę turyści muszą odcisnąć tylko swój kciuk (prawy mężczyźni, lewy kobiety) i według schematu, do którego przynależy dany kciuk bibliotekarz szuka już intuicyjnie (nie przestaje się modlić) odpowiedniego liścia. Linie papilarne same w sobie są zjawiskiem tak skomplikowanym, że już na szukanie według nich musielibyśmy mieć dużo czasu, ale nauka o liniach papilarnych wcale nie jest nowością i ajurweda kataloguje je w 108 głównych działów. Wystarczy więc szybkie spojrzenie, żeby wiedzieć, w którym ze 108 działów bibliotecznych znajduje się dany wzór linii a potem to już z górki. Odczytujący liść wybiera z danego działu jeden czy dwa zwitki mniej więcej pasujących liści i dopiero po zweryfikowaniu kilkunastu danych może natrafić na liść, w którym wszystko zaczyna się zgadzać. Trudno bowiem zaprzeczyć gdy zgadzają się imiona rodziców, dzieci i miejsca zamieszkania, a ponadto padają bardzo konkretne do obecnej sytuacji życiowej podpowiedzi.  

Biblioteka Liści Palmowych w sanskrycie nazywa się “nadi”. Nadi to pojęcie, które oznacza ścieżkę strumienia świadomości. W naszym ciele przebiegają tysiące ścieżek nadi, które z chińskiego znamy jako meridiany. Nie jest to jednak nic znanego tylko Chińczykom, ale jest to już znane zjawisko w ajurwedzie. To właśnie tymi subtelnymi ścieżkami w ciele energetycznym, bardziej subtelnym od ciała fizycznego przebiegają nasze myśli, emocje, pragnienia. To one są przewodnikami dla poruszeń naszego umysłu i to one są przewodnikami, którymi płynie nasz umysł. A tam gdzie on płynie, tam płynie nasza świadomość. Gdy płynie w dobrą stronę, nadi są odblokowane i kierują nas w stronę światła. Niestety świadomość większości z nas obecnie jest mocno zanieczyszczona i odbija się to nie tylko na naszym zdrowiu fizycznym, ale i psychicznym. Najbardziej jednak istotne jest nie to, czy jesteśmy zdrowi, ale gdzie kierujemy stale naszą świadomość. Bo to właśnie te ścieżki naszej świadomości są odczytywane w Bibliotece Liści Palmowych nadi. Zapisy tam zgromadzone pozwalają pokazać nam, jakie jest życie obecne i w którą stronę zmierza. I najważniejsze – jak już wiemy gdzie idziemy, to możemy zmienić zdanie i …zapis.  

Może choć trochę przybliżyłam Ci temat, który nurtuje tysiące ludzi na całym świecie, i który zmusza ich do spakowania walizek i wyruszenia po kwantowy  zapis na palmowym liściu. Jeśli Cię nie stać na tę podróż, to nie martw się. Są też inne sposoby odczytania swojego życia. Już sam fakt istnienia takiego miejsca i takich zapisów może sprawić, że innym okiem spojrzysz na temat śmierci, czy raczej przechodzenia na drugą stronę.  

Jeśli już pójdziesz na groby bliskich to przynajmniej pomyśl, kim, poza znanym Ci kiedyś ciałem były dla Ciebie te osoby i jak możesz sprawić, żeby mogły teraz zmierzać w jak najbardziej szczęśliwym kierunku.Troska o umierających nie polegała kiedyś na tym, żeby wiecznie przychodzić na miejsce ich pochówku, ale na tym, żeby wspomóc ich świadomość. Nawet jeśli umierający nie mają siły i ich nadi, kanały świadomości nie są rozświetlone wiedzą, jeśli utknęli w swoich myślach i emocjach wtedy my, bliskie osoby możemy im pomóc.

Może już jedna myśl wypowiedziana w słynnej Bhagavadgicie 

“Albowiem jaki stan istnienia pamięta ktoś w chwili śmierci taki stan bez wątpienia osiągnie”

rozświetli ich subtelną ścieżkę i pomoże podążać w stronę duchowego szczęścia bez konieczności zasypywania ich plastikowymi wieńcami i kopcenia trujących zniczy?  

  


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane Posty

Karma

Żyj ponad pasją!

“Żyj z pasją!” to takie nośne hasło, a ja jak zwykle w poprzek.   W poprzek, bo metaforycznie rzecz biorąc chętnie się z nim zgodzę, ale jak już piszę o energiach i ich wpływie na życie Czytaj więcej…

Karma

Przyczyna i skutek – zawsze razem choć czasem daleko

 Czy można nie zauważyć z czego wziął się konkretny skutek? Oczywiście, całe życie dostarcza nam wspaniałych dowodów. Przecież idioci dostają zupełnie nieadekwatne do ich kompetencji stanowiska, a sumienni i wykształceni pracownicy tyrają w kiepsko opłacanych Czytaj więcej…

Karma

Zanim odnajdzie Cię wina

Jak często mówimy kochanej przez nas osobie, że się o nią martwimy, bo…ją kochamy?  Bo ja się na tym przyłapuję. “Dziecko kochane – mówię – martwię się, czy ci się to uda, czy zdasz ten Czytaj więcej…