Nadchodzi Nowy Rok. Nie mam pojęcia jak wygląda rok, więc różnica między starym a nowym jest dla mnie zwykła abstrakcją, taką malarską. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że wraz ze  zmianą starego niewyobrażalnego roku w nowy miliony ludzi na całym świecie podejmuje się kolejnej niewyobrażalnej, patrz – skazanej z góry na porażkę – próby wprowadzenia dużych zmian.

Od wielkich obietnic i natychmiastowych porażek zaczyna się np. historia Bridget Jones, która w Sylwestra obiecuje sobie, że już z nadejściem Nowego Roku, czyli „jutro” dokona w swoim życiu prawdziwej rewolucji. Obiecuje sobie, że w tak zupełnie nowym czymś, jak Nowy Rok nie będzie już pić tak dużo, palić, marnować pieniędzy na zbędne urządzenia AGD, zachowywać się jak niechluj, wydawać więcej, niż zarabia, lecieć na alkoholików, pracoholików (typów do odrzucenia jest znacznie więcej). Ponadto Bridget obiecuje sobie, że od 1 stycznia będzie myśleć o wszystkich dobrze, nie będzie wpadać w depresję, osiągnie równowagę wewnętrzną, zrzuci na wadze, będzie asertywną, pewną siebie, lepiej wykorzystującą czas itd. Obietnicom zmian i to radykalnych nie ma końca, a tymczasem parę godzin później, czyli w tzw. Nowym Roku nadchodzi pierwsze załamanie i uczucie porażki, bo już chociażby z tym piciem i paleniem nie wypaliło, ale wiadomo – Sylwester, święta – to właśnie one są winne temu, że Bridget miała „wyjątkowo zły początek roku”.

Myślisz, że radzisz sobie lepiej, niż Bridget? Że wprowadzasz zmiany w łagodny sposób? I nie jest ci do tego potrzebny żaden palik na drodze informujący, że od tego miejsca przestrzeń czasu będzie zupełnie inna?

W rzeczywistości miejsce, w którym obecnie jesteśmy, jest wynikiem miliardów drobnych kroczków, które nas tutaj przywiodły. Wśród tych mało zauważalnych kroków tylko niektóre były wielkie, takie na miarę rewolucji. Całe nasze życie składa się z drobnych, wydawałoby się nic nieznaczących wyborów i postanowień, a tymczasem to one właśnie kierują nas bardzo szybko w określonym kierunku. Codzienny prysznic, codzienne małe uporządkowanie miejsca pracy, codzienny spacer a nie jazda do sklepu, codzienne trzy minuty gimnastyki, codzienne przeczytanie choćby jednego rozdziału książki, składają się ostatecznie w wielką, systematycznie utrwalaną, a więc mocno wyrzeźbioną i „zwyczajną, lubianą” całość. Każda próba zrobienia wyrwy w tak dobrze odczuwanej całości niesie ze sobą lęk, który chwilowo blokuje chęć, podświadomą chęć, wprowadzenia danej czynności do naszej jakże zgranej i dobrze funkcjonującej całości. My się po prostu boimy, że dana rzecz nas przeciąży. A jeśli jeszcze nasza lista zmian jest tak ogromna, wręcz radykalna, to mamy gwarancję, że nasz umysł się podda zanim cokolwiek zacznie. Po co zaczynać coś tak wielkiego, skoro nie poradziliśmy sobie do tej pory z czymś znacznie mniejszym? I jaki dobry duch pomoże nam we wprowadzeniu tak wielu zmian? Duch Nowego roku? A ten Starego Roku to był gorszy?

Wprowadzenie zmian, nawet tych bardzo wielkich, zawdzięczamy systematycznym, bardzo malutkim decyzjom. Decyzjom i wyborom, których zwyczajnie nie zauważamy, ponieważ – i tutaj fanfary – zwyczajnie się ich nie boimy. Wszystko, co wykonujemy w ciągu dnia bez większego oporu, jest tylko i wyłącznie oswojoną wersją czegoś, czemu kiedyś dawno temu stawialiśmy opór. Kiedyś to nam się nawet chodzić nie chciało, bo przecież wszędzie nas wożono  i przenoszono. Dopiero chęć dostania się w miejsce, gdzie leży świetna zabawka, której nam nikt nie podaje, lub jakiś inny „nieosiągalny” obiekt, zmusza dotąd niezbyt zmotywowane dziecko do podjęcia próby chodzenia. Zauważ, jaki motyw był naszym najmocniejszym impulsem do zmiany. To było coś pozytywnego, a na pewno nie chęć uniknięcia lania od matki, że jeszcze nie chodzimy.

Tymczasem co robimy sobie już jako starsze dzieci i jako dorośli? Wtedy kierujemy się ucieczką i bólem, czyli lękiem a to jest najgorszy, najmniej efektywny powód do prawdziwej, podświadomej chęci zmiany i dokonania nowych wyborów.

Jako dorośli stawiamy sobie za cel coś bardzo wielkiego, co wymaga od nas dużej odwagi i poświęcenia, a to jak wiadomo nie jest czymś, co lubi nasz podświadomy umysł. On nie lubi zmian i wyrywania go z ustalonych szlaków, ponieważ wiąże się to dla niego z wytyczaniem nowych, nieznanych mu dotąd strategii, które mogą być bardzo nieprzyjemne. Mogą być też przyjemne, ale nikt mu tego z góry nie udowodni. A umysł ma jedną naczelną zasadę, którą się kieruje – dąży do przyjemności, a unika bólu. Nawet, jeśli w naszym mniemaniu masochista dąży do bólu, to jesteśmy  w błędzie – jego umysł nabrał w wielokrotnie powtórzonym działaniu przekonania, że ta taktyka sprawia mu jakiś rodzaj przyjemności. Przede wszystkim jest to dla niego znana i już oswojona a więc lubiana czynność. Powtórzona tysiąc lub milion razy staje się dla niego tak przyjemna, jak dobrze akceptowana tradycja choinki na Boże Narodzenie. Wszelkie próby radykalnego wyrwania go z wypaczonej według społeczeństwa formy odbierania przyjemności i tak skazane są na porażkę. Dlaczego? Bo żadne przysięgi i obietnice, że odtąd nie będę się ciał żyletką i nie będę wkładał dodatkowego żelastwa w pępek, skoro tak mnie to boli, nie będą działały. Umysł czerpie o wiele większą mentalną przyjemność z oswojonego wcześniej horroru i niewygodnych emocji, niż z zachowania, które osobom postronnym mogłoby się wydawać  bardziej przyjemne.

Czyli obietnice zewnętrznych, radykalnych zmian są w zasadzie zawsze skazane na niepowodzenie, o ile nie przyjrzymy się pod lupom temu czemuś, co straszy nas „czymś nieprzyjemnym”. Często ludzie obierają sobie wielkie, życiowe cele, które wypisują w kalendarzu pod datą 31 grudnia. Do tych olbrzymich jak Himalaje obietnic należą np.: „duży dom”, „sukces w pracy” „założenie firmy”, a nawet takie wydawałoby się banalne jak „schudnąć”, czy „unikać niechcianych związków”. Zanim się zdenerwujesz, że oto niszczę ci iluzję działania mapy marzeń, stwierdzam, że tu nie chodzi o cele, a o fakt, że te cele widzimy globalnie i nie podpowiadamy umysłowi, jak w drobnych kroczkach i w przyswajalny dla nas sposób zamierzamy to wszystko osiągnąć. Skoro mu nie podpowiadamy, tzn. że się tych zmian boimy i on już wie, że tak naprawdę naszym celem wcale nie jest np. założenie firmy. Umysł musi dostać wskazówki, w paru punktach i etapach podane działania pomniejsze, dużo mniejsze niż słowo „firma”. Dla umysłu wykonanie jednego dnia szkicu, planu strategicznego, poszukanie pomocnych osób, czy konkretne wyjście do Urzędu Skarbowego, albo do ZUS –u, czyli rozłożenie potwora  na proste kroki jest zwyczajne i wykonalne, ale już zwlekanie z tymi czynnościami świadczy o tym, że pierwsze punkty naszego planu, czyli wiara w strategię firmy zwyczajnie leży, przez co kolejne czynności stają niewykonalne. To, że ludzie postanowili wraz z Nowym Rokiem mieć duży dom nie oznacza, że to marzenie „czują”. Jeśli cel ich przerasta to nie podejmą żadnego działania. Ten cel jest tak WAŻNY, że z obawy przed porażką nie zrobią nic. A czy widziałeś kiedyś małe dziecko, które w wieku dwunastu miesięcy postanowiło zwyciężyć w maratonie na 40 km? Sam fakt, że zaczęło chodzić był jednak gwarancją, że kiedyś, po dłuższym ćwiczeniu będzie mogło ewentualnie zostać dobrym biegaczem. Bez tego pierwszego kroku każde kolejne wielkie marzenia zupełnie nie mieszczą się w głowie i wywołują lęk porażki a więc stres.

Zawsze, gdy jakieś zadanie zdaje się ciebie przerastać, a przez to odstraszać, postaraj się nie brać na siebie zbyt wielkiego ciężaru. Okazuje się bowiem, że małe kroki prowadzą do długookresowego sukcesu, a tym samym do poczucia satysfakcji z tego, co robimy. Jeśli chcesz zacząć więcej się ruszać to nie zmuszaj się na dzień dobry do wyczerpujących i nieprzyjemnych, bo jeszcze nieoswojonych przez umysł ćwiczeń. Nagłe wyrwanie organizmu ze stanu bezruchu i katowanie go morderczymi treningami spowoduje ból i oczywisty bunt ciała. Zacznij ćwiczyć zgodnie ze swoim obecnym stanem emocjonalnym i ogólną kondycją, czyli nawet jeśli jesteś zupełnie w poprzek  codziennym dawkom ruchu a w domu stoi zakupiony przed trzema laty rowerek stacjonarny, to przynajmniej obiecaj sobie, że przez pierwszy tydzień sobie na nim posiedzisz. To wcale nie jest głupie i bezsensowne zalecenie. Takie właśnie łagodne, oswajające nas ze zmianami podejście sugeruje filozofia kaizen, czyli filozofia tzw. dobrych zmian. Jej generalnym przesłaniem jest wprowadzanie zmian, ale z jak największą redukcją lęku.

Wydaje ci się, że siedzenie na rowerku stacjonarnym jest po prostu głupie? Może i jest, ale jak tak posiedzisz sobie na nim prze tydzień lub dwa, to w końcu umysł przyjmie do wiadomości, że ten rowerek tu jest i należy do twojej rzeczywistości. Ostatecznie jednak sam sobie zada pytanie, czy nie jest to stratą czasu samo siedzenie bez dotykania pedałów, co w konsekwencji zaowocuje bezbolesnym i nieparaliżującym wewnętrznie działaniem. Przecież nie pedałujesz z wysiłkiem i z jakimś strasznie dużym celem w głowie – ot, myślisz sobie „siedzę to i mogę trochę pokręcić nogami”.

Nawet nie zorientujesz się jak szybko umysł polubi ten sprzęt treningowy, który dotąd kojarzył mu się z katorgą. I o to tylko chodzi. Pokręcenie minutę czy dwie w  dopuszczalnej przez nas na dzisiaj dawce wysiłku, może się  w końcu przerodzić w całkiem przyjemny i długi trening, a to tylko dlatego, że umysł nie tylko nie wystraszył się zdobywania Himalajów, ale jeszcze poczuł bluesa do czynności, która okazała się całkiem przyjemna. Tylko, że nikt wcześniej nie umiał mu tego udowodnić.

Wydaje się, że wprowadzenie metody wyboru małych kroczków jest w dobie radykalnych i bardzo szybkich zmian niezbyt praktyczne. To jednak tylko pozory. To, co my postrzegamy jako błyskawiczne i globalne jest sumą małych, niewidocznych dla naszych oczu zmian, które dokonują się w społeczeństwie, w gospodarce, nauce  i w innych dziedzinach życia. Nic nie dzieje się nagle. A ponadto nic, co jest przyjmowane jako ogólny trend, nie zwala się nam ot tak na głowę. Wszystko, co lubimy np. w modzie jest również efektem niezbyt intensywnego naraz ale systematycznego, przenikania obrazów do naszej podświadomości. Jeśliby ktoś w latach 80 – tych zażądał od ogółu noszenia butów na dziesięciocentymetrowych podeszwach i spodni dzwonów, to nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby sobie czegoś takiego narzucić. Ale już stopniowe oswojenie się z modą, dzięki drobnemu, a jednak stałemu dawkowaniu skutkuje zawsze łagodną i wręcz dobrowolną akceptacją.

Codziennie dokonujemy małe, pozornie nieważne decyzje, ale to właśnie one kształtują nasze życie. Sęk w tym, że nie zauważamy, że większość z nich jest już tylko kontynuacją czegoś, co wcale nam nie służy. Z powodu lęku przed zmianą tkwimy w czymś, co zmusza nas do dokonywania tych samych, pozornie nieistotnych z punktu widzenia przeznaczenia, wyborów. Ale wybory, nawet te malusieńkie sumują się w końcu w coś co stanowi o tym, gdzie teraz jesteśmy i gdzie będziemy np. za rok.

A przecież nie ma czegoś takiego jak „za rok”. Nie ma czegoś takiego , jak „jutro”. Jest tylko suma wiecznych teraz, w których albo robimy to, co polubimy, albo będziemy sobie wciąż obiecywać, że od jutra, a od Nowego Roku to już na pewno…

Jeśli nie polubimy czegoś teraz, nie zniwelujemy wewnętrznych strachów i oporów przed nieznanym nowym wyborem, to nasze tzw. wybory będą sumą tych pozornie nieistotnych szczegółów dnia dzisiejszego, czyli stworzą nam kontinuum naszej obecnej wiary w to, że i tak żadnej zmiany nie chcemy.

Brak ochoty na oswajanie choćby najmniejszych zmian i niedostrzeganie tych drobnych, ale jakże istotnych szczegółów w naszym podejściu do życia owocuje tym, że coś, co mogłoby już się dawno przeobrazić w coś bardzo nowego i dużo lepszego pozostaje na tym samym poziomie. Dodam tylko, że właśnie magia zmian, jak chociażby kwantowe podejście do uzdrawiania polega na tym od wieków starym przesłaniu, że zmiany zachodzą już od momentu wysłania intencji, ale muszą być one zauważone i choćby w najmniejszym stopniu docenione i podkreślone. Codzienne dziękowanie za dobre rzeczy, jakie zachodzą w naszym życiu i maluteńkie czyny, które te zmiany potwierdzą, są takim właśnie szamańskim sposobem na dostrzeżenie, że życie idzie w obranym przez nas kierunku.

Przykładowo trans hipnotyczny nie polega na dokładaniu sobie opisu, jak bardzo jesteśmy chorzy, albo jak bardzo boli nas głowa. Trans hipnotyczny to nic innego jak skierowanie uwagi na coś, co jest niejako przyszłością, opcją zamierzoną, a nie obecną. Jednak usilne obstawanie przy niej i wprowadzanie jej do teraźniejszości czyni z niej rzeczywistą chwilę obecną. A przecież zmiana, jak tutaj zachodzi jest bardzo niewielka, wręcz niezauważalna – po prostu dostrzegamy i oswajamy stan bez choroby i bez bólu, czyli stan, którego teraz teoretycznie nie ma. Okazuje się, że hipnoza jest pewnego rodzaju wyborem, na razie nauczanym nas przez kogoś z zewnątrz. I jest to metoda uczenia nas koncentracji na bardzo małych, ale jednak dobrze funkcjonujących rzeczach, czyli jest również metodą małych kroczków. Zwykle umysł dostrzega jedną małą plamę na dużym pięknym dywanie i tego się trzyma. My również dostrzegamy plamy w naszym całkiem dobrze funkcjonującym życiu, które zarzuca nas codziennie setkami nowych, wspaniałych rzeczy i wyborów, które możemy podjąć. Co z tego, skoro nie wybieramy tego, co funkcjonuje dobrze, a skupiamy się na tym, że czegoś się boimy i czemuś nie damy rady? Suma takich setek decyzji podjętych w stanie lęku i nielubienia zmian wygląda jak tona śniegu na dachu naszej głowy, która przytłacza nas nie mniej niż hałdy śniegu zalegające na dachach ośnieżonych domów.

To porównanie przyszło mi do głowy całkiem niedawno, kiedy ulice pokryły pierwsze i może niezbyt obfite opady białego puchu. Przyglądając się małym płatkom śniegu przypomniałam sobie historię o dwóch ptakach, które rozmawiały o takim nic nieznaczącym czymś jak płatek śniegu. Jeden z ptaków zapytał drugiego, czy zastanawiał się kiedyś, ile waży śnieg? Jeden płatek? – zapytał drugi – waży tyle co nic. A czy zastanawiałeś się – zapytał pierwszy – dlaczego, kiedy na gałąź drzewa spadł trzymilionowy i sto czterdziesty płatek „nic”, to gałąź się zarwała?

W życiu codziennym nie kierujemy wzroku na małe kroczki, które prowadzą do celu. To właśnie nic innego, jak strategia stanowi ostateczny klucz do sukcesu. Każdy, kto posuwa się do przodu niewielkimi kroczkami i delektuje się każdym częściowym sukcesem, choćby małym – każdym jednym krokiem i cieszy się z drogi, którą obrał,  pewnego dnia dochodzi do celu.

Wracając do obietnic składanych wraz z Nowym Rokiem –  czuję, że Nowy Rok mam w zasadzie zawsze. Każdego dnia iw  każdej chwili  i tak dokonuję wyborów, ale od momentu uświadomienia tego sobie staram się je jak najwięcej polubić  i świadomie dostrzec, bo tylko zaprzyjaźnienie się ze zmianami można nazwać skuteczną zmianą i skutecznie złożoną obietnicą. Zresztą tak działa prawo uzdrawiania – wypuść intencję i zauważ zmiany! Nie patrz na to, co jest takie samo, czyli „łeee, nic nie działa”. Słynna maksyma Emila Coue  „Z każdym dniem, pod każdym względem, czuję się coraz lepiej i lepiej”  i podobna do niej „Z każdym dniem i pod każdym względem wiedzie mi się coraz lepiej i lepiej” jest tego doskonałym przykładem. Przecież  nie musisz dostawać dowodów zmian na skalę cudów. Samo zauważenie ich w postaci powtarzanej myśli i drobnych przykładów dostarczy ci w końcu zmian, o jakich na początku nie śmiałeś marzyć.Wdzięczność jest jednym z najszybszych skrótów do zaprzyjaźnienia się ze zmianami. A codzienne drobne wyłomy w dotychczasowych wyborach zsumują się ostatecznie tak jak miliony płatków śniegu w wielką bryłę.

Jeśli wraz z Nowym Rokiem obiecujesz sobie schudnąć, to przynajmniej wprowadź jedną drobną zmianę np. zmniejsz porcję jedzenia  o jedną czwartą. Jak zamierzasz się więcej ruszać to stań na bieżni, albo na macie do jogi i polub się z nią. W porównaniu do tego, że kiedyś tego nie znosiłeś to już wielki sukces, a nie nieznaczące „nic”. Z takich milionów „nic” robią się w końcu tony.

Dla przykładu podaję liczby, które uzmysławiają, ile gromadzi nam się przez cały rok w umyśle takich „nic”, które nie pozwalają na swobodny ruch w Nowym Roku.

 1m3 puchu śniegowy  waży do 200 kg

Dużo cięższy od puchu jest śnieg mokry

1m3 mokrego śniegowy  waży ok. 800 kg

Natomiast najcięższym śniegiem jest śnieg który się rozpuszcza

1m3 topniejącego śniegu  waży ponad 900 kg

 

 

 

 

 

 


1 Comment

AJoanna · 1 lutego 2018 o 10:21

Bardzo dziękuję Ci za ten artykuł, który uświadamia mi, że na cel osiągany przez nas ZAWSZE składają się nasze wybory. I nie należy nikogo obwiniać za nasze życie. To my sami sobie robimy krzywdę. To my sami pracujemy na nasze szczęście.
Ale jak podjąć słuszną decyzję? Skąd wiemy co jest dla nas dobre?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane Posty

Sukces w życiu

Dźwięk uwalniający umysł – mantra

Żyjemy w czasach, w których niedawne mity i bajki stają się sensacjami z pierwszych stron gazet. Chociaż może jeszcze nie wszystkie  naraz. Większość z nas musi sobie stopniować wrażenia, więc odkrycia, o których dzisiaj opowiem Czytaj więcej…

Sukces w życiu

Zatańcz w zgodzie z życiem

Jestem bardzo ciekawa, jak reagujesz na naukowy żargon wplątany w teksty o uzdrawianiu życia. Wiele osób dostaje wręcz wysypki na samo używanie pojęcia „kwantowy” w kontekście przywracania natychmiastowej koherencji…no właśnie koherencji. Z tym słówkiem też  się pewnie Czytaj więcej…

Sukces w życiu

Jak kwantowo obliczyć sukces?

      Czy zdarzyło ci się kiedyś wstać rano, czegoś zapragnąć i to po prostu mieć? Powiedzmy zachciało ci się pysznego śniadanka i spaceru brzegiem pięknego jeziora, a może nawet kąpieli w nim i Czytaj więcej…