Nadchodzi jesień i zanim przyjdzie ci ochota wyłożyć się do łóżka z powodu przeziębienia, które cię dopadło, przeczytaj ten tekst, bo może tym razem znajdziesz lepszy sposób na wyzwolenie się z niechcianych chorób.

Zacznę od prowokacyjnego hasła, że nie ma czegoś takiego jak „niechciane” choroby, które nas dopadają, jak nie przymierzając złodziej zza winkla. Prawdopodobnie rodzaj dolegliwości nie jest czymś przyjemnym i wymarzonym przez nas  jawnie, ale choroba jako taka nigdy nie jest wrogiem, który nas zaatakował. Jest tylko i wyłącznie dziwacznym, nie do końca przewidzianym przez nas sposobem na stawienie czoła czemuś, co skrywamy w sobie. Kiedy wydarzenia, które nas spotykają potraktujemy z tej perspektywy, to uzdrowienie i to na wielu poziomach życia jest już kwestią krótkiego czasu. Choroby i problemy nas nie dopadają. One nie przydarzają się nam, ale dla nas. Ciało tworzy warunki pozwalające na zwrócenie uwagi na to, co dla nas ważne. Może również wycofać się, likwidując dolegliwość, kiedy powód zostanie rozwiązany.

Profesjonaliści w dziedzinie medycyny konwencjonalnej zwykle są szkoleni w ten sposób, że traktują ciało jako wyraźnie oddzielone od umysłu i duszy, więc w ten sposób też je leczą. Z tej – w oczywisty sposób ograniczonej perspektywy- fizyczne dolegliwości mogą być tylko i wyłącznie spowodowane fizycznymi czynnikami. Czujesz się chory z powodu infekcji bakteryjnej. Masz problemy skórne z powodu jakichś bakterii albo grzybicy. Masz katar sienny z powodu pyłków w przyrodzie, albo kurzu.

Zwolennicy wszelkich diet odchudzających też znaleźli setki przyczyn przybywania na wadze. Część z nich czasem jest utrafionych, ale tylko wobec pewnej grupy osób, a część nie. Czego to się już ludzie nie nawymyślali. Odkryli nawet kalorie, które też są tylko pewnym substytutem programu naprawczego, ponieważ w wielu systemach terapii kalorie w ogóle nie istnieją. To oznacza, że próbując rozwiązać problem kreujemy kolejne programy, które je podtrzymują. Co łączy te wszystkie strategie? Że powody naszego problemu leżą na zewnątrz. Według tych wyjaśnień problem naszego tycia nie leży w błędnej informacji naszego umysłu, ale w czynnikach zewnętrznych. Często nawet terapie naturalne kładą za duży nacisk na poszukiwanie źródeł wszelakich przyczyn nieszczęścia gdzieś tam wokoło. Powód, czyli tzw., wina leży w dziadku od strony mamy, czy w zatrutym jedzeniu. Oczywiście, że w tym też jest prawda, ale niestety połowiczna. A z prawdą połowiczną jest gorzej niż z kłamstwem. Bo w takiej racji częściowej zawsze znajdziemy sporo koronnych argumentów. Tak, żywność jest dzisiaj bardzo niezdrowa, ale i tak nie wszyscy z tego powodu tyją. Tak, rodzice powiedzieli Małgosi w dzieciństwie, że jest do niczego. Ale jej koleżanka Krysia też się nie takich rzeczy nasłuchała, a jest chuda jak tyczka. Gdyby ktoś z tych obwiniających o swoje nieszczęścia  rodziców i złośliwe pyłki topoli zadał sobie kolejne i kolejne pytanie, dlaczego on tak a nie inaczej reaguje, dlaczego urodził się w rodzinie, która ma taki program, to zdecydowanie szybciej doszedłby do źródeł choroby, niż szukając po omacku kolejnych przyczyn na zewnątrz.

Kombinując czysto intelektualnie znajdziemy setki powodów i namierzymy kolejnych wrogów do odstrzału i czasem utrafimy z terapią – bo akurat strzelimy w dziesiątkę, a częściej nie.

Jeśli się będziemy dalej skupiać na intelektualnym poszukiwaniu źródła problemu, to intelekt znajdzie ich tysiące. Ooo…tak, to cudownie, że powodem wrzodów żołądka są bakterie Helicobacter pylori. Jasne. Mamy stworzonko i mamy na niego nazwę. Skoro tobie pasuje to do uspokojenia nerwów, że wróg napadł cię z zewnątrz, to jak ulał wpasujesz się w system, który zaoferuje ci na to tabletkę. Ale czy wiesz, że wszyscy są nosicielami tychże bakterii? Nosicielami to dziwne słowo – po prostu w każdym z nas są wszystkie bakterie, jakie sobie jesteś w stanie wyobrazić. Nawet te, na które jeszcze nie wymyślono nazwy. I dobrze, że nie wymyślono, bo z chwilą ich wygrzebania na światło dzienne natychmiast robią się z tego choroby i rośnie ilość medykamentów.

Słyszałam dowcip, że kalorie to takie małe stworki, które żyją w twojej szafie i każdej nocy zwężają twoje ubranie.

Czy wiesz, że w świecie form i projekcji, ten dowcip ma szanse stać się prawdą? Chcąc przykryć prawdę o sobie, jako istocie duchowej, która jest w pełni odpowiedzialna za to, co sobie namotała, grzebiemy ją pod warstwami niezliczonych zewnętrznych powodów. Nasze poszukiwania nie idą w kierunku znalezienia pierwotnego źródła zakłóceń, tylko ekspandują na zewnątrz. Jeśli się bardzo uprzemy to i kalorie znajdziemy pod mikroskopem w naszej szafie i natychmiast wdrożymy plan naprawczy na to zjawisko, czyli znajdziemy proszek, którym będziemy mogli te stwory wytępić. Potem znajdziemy proszek na przeciwdziałanie skutkom ubocznym tamtego proszku itd. Wcale nie śmieję się ze zjawiska, jakim mogą być stworki szafowe zwane kaloriami, bo one naprawdę mogą istnieć. Ale ich istnienie jest zawsze wtórne do przyczyn naszego problemu, jakim jest chęć trzymania się pewnych programów, które mają nas niby chronić.

Nie wierzysz mi, że bakterie nie są wszystkiemu winne? A jak wyjaśnisz historie ludzi, którzy żyli na terenach skażonych dżumą, albo cholerą i nigdy się nie zarazili? Co powiesz o ludziach pomagających trędowatym, którzy nigdy nie zachorowali na trąd?

Chociaż może się to wydawać oczywiste na pierwszy rzut oka, po bliższym przyjrzeniu się tej kwestii można zorientować się, że wyjaśnienia  czysto fizyczne tak naprawdę nie diagnozują przyczyny. W najlepszym przypadku diagnozują objawy innych symptomów, a faktyczny, leżący u źródła problemu powód, pozostaje nieodkryty.

Kiedy w XIX w francuski chemik Ludwik Pasteur, przedstawił swoją teorię zarazkową chorób, świat zachodni najpierw zareagował kompletnym niedowierzaniem. Jeden z oponentów  wypił na oczach  świadków w sądzie roztwór zawierający bakterie cholery, żeby wykazać  absurd tej koncepcji. I rzeczywiście ten człowiek nigdy na cholerę nie zachorował. Przypadek?

Pasteur wysunął sugestię, że choroby wywoływane są przez mikroorganizmy atakujące człowieka i inne żywe organizmy. Świat medycy ostatecznie podchwycił tę teorię, która stała się powszechnym wytłumaczeniem tego, dlaczego ludzie chorują i spowodowała powszechne użycie leków takich jak antybiotyki. A teraz najlepsze – sam Pasteur przyznał na łożu śmierci, że jego teoria była nieprawdziwa. W wyniku wieloletnich obserwacji doszedł on do wniosku, że zarazki nie mogą powodować infekcji, jeśli u podłoża choroby nie leżą inne powody.

Jego spostrzeżenia mają sens, jeśli weźmie się pod uwagę, że nie u każdej osoby wystawionej na działanie tej samej bakterii lub wirusa rozwija się choroba. Mimo tego jest jasne dlaczego pierwotna teoria okazała się tak popularna – napędzało ją przekonanie, że choroba pojawia się tam, gdzie zwykle okazują się obecne określone mikroorganizmy, takie jak bakterie. Błędem jest jednak obwinianie bakterii czy wirusów o bycie faktyczną przyczyną choroby tylko ze względu na ich jednoczesna obecność. One są też już kolejnym rezultatem, symptomem czegoś poprzedzającego ich obecność w tym miejscu. To tak jakby obwiniać muchy za psie kupy lub strażaków za pożary. Tam, gdzie wybuchają pożary zwykle można spotkać strażaków, ale przecież oczywiste jest, że ich obecność tam nie oznacza tego, że sami wywołali pożar. Podobnie, nawet jeśli bakterie są obecne w organizmie tam, gdzie jest też choroba, nie oznacza tego, że właśnie one ją spowodowały.

Głośną sprawą stało się ostatnio ujawnienie faktu, że wyjątkowa pobudliwość i brak koncentracji u dzieci, zdefiniowana jako ADHD, jest tak naprawdę chorobą wykreowaną na potrzeby farmacji. Sam autor domniemanej jednostki chorobowej, psychiatra Leon Eisenberg, przyznał przed śmiercią, że ją po prostu wymyślił, aby stworzyć możliwość produkcji nowych leków. Na pomysł stworzenia definicji określających pewne zakłócenia w systemie nerwowym i zmuszenia milionów ludzi do wpasowania siebie lub swoich dzieci do tak stworzonego wzorca choroby Eisenberg wpadł w roku 1968. Swoją tajemnicę wyznał w 2009, czyli pół wieku później. W międzyczasie świat i tak oswoił się z definicją i kolejnym przypadkiem choroby, która zdążyła już wrosnąć w naszą świadomość. Nawet dzisiaj, kiedy świat poznał już prawdę i tak dalej żyje w błogim przeświadczeniu, że jej niby odkrywca miał rację. Przecież na świecie są miliony krnąbrnych i niespokojnych dzieci, których nijak nie można posadzić w ławce. Zamiast zmierzyć się ze zjawiskiem niepokoju i sięgnięcia po jego głębszą przyczynę, świat produkuje definicje i stwarza jednostki chorobowe, których oprócz ADHD może powstać tysiące nowych. I znowu – nie twierdzę, że nie istnieje problem, którym jest nadpobudliwość i brak koncentracji, ale definiowanie i stwarzanie następnych i następnych jednostek chorobowych oraz miliona leków na te kolejne choroby oddala nas od źródeł, czyli prawdziwych przyczyn zakłóceń, jakie wykazuje ciało w celu – nie łykania kolejnych leków, ale  w celu zlikwidowania prawdziwych, duchowych powodów choroby. Ciało nie stwarza problemów, bo chce się nałykać czerwonych pigułek.

To tylko niektóre z najbardziej powszechnych przykładów pozwalające na zademonstrowanie ograniczonego sposobu myślenia, jakim jest szukanie fizycznych przyczyn, w celu wyjaśnienia tego co się dzieje z ciałem. Gdyby przyszło ci wnosić skargi, że głoszę herezje to już tłumaczę – bakterie czy zanieczyszczenia chemią istnieją. Tak jak istnieją kamienie i wodór. Ale bakterie nie są przyczyną naszych problemów, tak jak nie kamienie są przyczyną naszych potknięć. Świat zna zbyt dużo wyjątków od tzw. reguł, żeby uważać zewnętrznie ustanowione reguły za absolut. Wszyscy mamy w sobie komórki rakowe i jakoś nie wszyscy chorujemy na raka. Owszem, coraz więcej osób ulega programowi tych odszczepionych komórek, ale problem znowu nie leży po tamtej stronie. Jeśli ktoś ma właściwy system widzenia świata, to albo nigdy nie ulegnie tej chorobie, albo nawet rozchorowawszy się poradzi sobie. Niestety pole morficzne strachu i bezsilności wyjścia poza medycynę klasyczną jest dzisiaj zbyt mocne, żeby nieprzygotowane na nieznane jednostki były w stanie go przezwyciężyć. Przygotowywanie ludzi na wyprowadzanie ich ponad poziom strachu jest właśnie tym, co jest potrzebne w uleczeniu.

Przekonania odnośnie przyczyn naszych chorób są dziś zbyt mocno osadzone na fundamencie zewnętrznym, żeby można było tak łatwo je teraz odkręcić. Zdaję sobie sprawę, że i ty czytając ten tekst możesz mieć wiele zastrzeżeń. Ale nie musisz się ze mną kłócić, ponieważ w moim świecie każdy ma rację, nawet jeśli twoja i moja racja jest inna. Nie zamierzam podważać twojej racji, jeśli widzisz to całkiem inaczej. To co usiłuję przekazać to bardzo mistyczny, wręcz nieuchwytny z poziomu świata form punkt widzenia, który zakłada, że każdy wybiera sobie w świecie zewnętrznym to, co mu odpowiada, czyli to co pozwala mu podtrzymywać swój punkt widzenia, choćby i kosztem zdrowia i dobrego życia. Jeśli nie chcemy zmierzyć się z wartościami, z których zrezygnowaliśmy, np. z bycia otwartym i życzliwym wobec innych to w świecie zewnętrznym wybierzemy tysiące powodów, które będą nam naszą postawę potwierdzać. Czasami nasze próby udowodnienia sobie, że świat nie jest godny naszego otwarcia się na niego, może przybrać tak absurdalną formę, że wybierzemy tylko takie sytuacje, które wręcz będą ciągłym zagrożeniem naszego życia, ale czyż nie o to nam chodziło?

Biorąc na tapetę przypadki rzekomo czyhających na nas chorób, które nadciągają wraz z jesiennymi chmurami podam kolejny  kontrargument do rozważenia. Jakiś czas temu mieszkałam dwa lata w Nadrenii, części Niemiec położonej blisko belgijskiej i holenderskiej granicy, gdzie cały rok panuje dosyć przyjemny klimat. Zima w Nadrenii przebiega bardzo łagodnie, tak jak u nas jesień. Oczywiście nasze zimy są obecnie też w miarę ciepłe, ale tym, co wyróżnia podejście Polaków od podejścia Niemców z tamtego rejonu jest przekonanie, że przyczyną przeziębień i fali grypy zimą są właśnie braki mrozów, które to podobno tępią niepotrzebne wirusy. No więc niniejszym daję pod młotek sędziowski prosty zarzut wobec przewinień zimy, która według Polaków jest zbyt łagodna i nie wywiązuje się z zadania dezynfekcji terenu. Czy aby na pewno zarzut ten jest absolutnie prawdziwy? Bo mieszkając w Niemczech jakoś nie zauważyłam większej epidemii grypy i nigdy nie słyszałam tam argumentów, że  w tym roku możemy się spodziewać fali milionowych zachorowań z powodu szerzących się wszędzie wirusów, ponieważ nie ma czynnika, który by je wytępił, czyli mrozu. Niemcom nigdy by nie przyszedł do głowy ten argument ponieważ oni żyją w klimacie, w którym nigdy nie panowały zbyt ostre zimy. Z tego powodu możliwość zrzucenia winy na opieszałość tej pory roku odpada już na wstępie. Oczywiście mieszkańcy tamtych regionów mają w kieszeni tysiące innych, równie pewnych i przekonujących powodów ewentualnych przeziębień, ale sami rozumiecie, że na pomysł braku mrozu jako głównego winowajcy jakoś nie wpadli. Wydaje mi się, że to jest nasz typowo polski wytwór, który nawija się sam pod rękę, bo klimat ci u nas już nie ten jak za czasów szwedzkiego potopu.

Jak na razie podałam mnóstwo intelektualnych dowodów na to, że nie należy temu intelektowi za bardzo ufać. Czyli zastosowałam chwyt kwadratury koła. Ale nie do końca. To, co ostatnim czasy przykuło moją uwagę jest fakt, że z tej kwadratury koła można jednak wyjść. Powolutku, krok po kroku można rozsupłać węzeł gordyjski, który sami sobie stworzyliśmy. Warunkiem jego rozsupłania jest przyjęcie zrozumienia, że nikt poza nami nie stworzył nam tych problemów. Choćby nie wiem, jak oddalone od naszej pierwotnej decyzji wydawałby się fakt zaistnienia naszego problemu, jak np. choroby, to decyzja wyboru jakichś ograniczeń zawsze leży po naszej stronie. Winą za to, że nie mamy dzisiaj siły, żeby wstać z łóżka, możemy obarczyć naszego przodka, którego geny mamy w sobie, albo naszą matkę, która nas nie kochała, albo szefa, który nas nie docenia. Ostatecznie brak magnezu w jedzeniu też jest fajnym powodem, żeby powiedzieć, że nie mamy siły, żeby wybrać spełnione życie. Może za rok naukowcy odkryją nowe pierwiastki i nowe minerały, których brak w danej żywności przypasuje się jak ulał do naszej decyzji i wyborze braku siły?

Ostatecznym powodem wydarzeń, które na nas „spadają” jesteśmy my sami. Świadomość daje nam wydarzenia, które pomagają nam rozwiązać największy konflikt i wybrać coś zgodnie z naszym sercem, a nie logicznym wyjaśnieniem. Bo zarazki i geny są tylko logicznym wyjaśnieniem czegoś, czego nie widzimy w naszym nielogicznym sercu. Tylko czy jesteśmy gotowi na takie prezenty? Aby móc otrzymywać dary od naszej Nadświadomości i pomóc ciału się uzdrowić, lepiej stać się gotowym na odczuwanie i doświadczanie z perspektywy serca niż głowy. Jeśli poddajemy się procesowi rozmyślania i etykietowania symptomów choroby możemy popaść w niekończący się strumień poszukiwań zewnętrznych przyczyn, co zupełnie odwraca uwagę od powodów, było nie było, naszych decyzji.

W klasycznym ujęciu próbujesz poprawić świat, który jest twoim echem. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że w naszym świecie echo staje się faktami, na które  umysł odpowiada: „A więc to prawda”. Jeśli tobie wystarczy ta część prawdy, że chorujesz z powodu wirusa, który przyniósł kolega z pracy to masz już dwóch winowajców twoich kłopotów – kolega plus wirus, czyli na jakiś czas znów odroczyłeś szukanie głównej przyczyny twoich problemów.

Czy istnieje sposób, żeby wyjść poza ograniczone wyjaśnienia i próby leczenia poszczególnych fragmentów, które same w sobie nie stanowią nigdy całości naszego problemu? Na pewno jest to możliwe z perspektywy Nadświadomości, z pola naszego serca, które obejmuje wszystkie fragmenty i zmienia widzenie części o 180 stopni, ponieważ to nasza Nadświadomość widzi całość.

Wyjście z głowy do serca załamuje zapętlone fale świadomości na tyle skutecznie, że pozwalają im się wyrwać ponad poziom emitowanych dotąd sygnałów. Kiedy tylko sygnał wewnętrzny zostanie naprawiony, choroba (albo inny problem) nie ma z czym rezonować. Bakterie, wirusy, grzyby i inne stwory  funkcjonują tylko i wyłącznie w środowisku im sprzyjającym. Podatność na raka nie wynika z komórek rakowych, a z częstotliwości naszej świadomości, która w tym wypadku jest zaburzona. W okresie jesienno – zimowym rośnie liczba osób podatnych na przeziębienie. Ale przecież nie wszyscy chorują. Osoby, które łapią tzw. jesienne wirusy ma w sobie już setki powodów, żeby zająć się czymś, co wymaga szybkiego uzdrowienia. I nie mam tu na myśli kataru. Jeśli jednak chęć przyjrzenia się czemuś w nas jest nadal zbyt słaba to świat zewnętrzny pomaga nam zwalić swoje rozgoryczenie, niepokój i strach na jakieś małe stworzonka latające w powietrzu. Wirusy, a nawet jesienna aura są tylko ułatwieniem, możliwością zrzucenia winy na coś na zewnątrz jeśli wciąż nie czujemy się gotowi na zajęcie się naszym głównym problemem. Fantazja umysłu nie zna granic, żeby wymyślić program, który nas uchroni od prawdy. Prawda wciąż jest schowana wewnątrz i nigdzie nie trzeba wyruszać, żeby znaleźć przyczynę kłopotów. Jak to się mówi – pod latarnią zawsze najciemniej.

Myślę, że po tym wszystkim, co tutaj napisałam możesz czuć się lekko zakłopotany, bo w świecie dominacji intelektu sposób na dogadanie się ze sobą, z Nadświadomością, lub jak wolisz, z polem serca wydaje się być prawie niemożliwy. Dlatego oprócz teorii podam mały praktyczny przykład, jak my, zabiegani ludzie Zachodu, możemy nawet siedząc w tramwaju, albo przy biurku w pracy odciążyć swoją głowę i zejść do serca, które poda nam swoją ogarniającą całość wizję.

Ćwiczenia tego nie radzę robić prowadząc auto, albo wykonując jakieś prace wymagające skupienia. Wykonuj je tylko w momentach, w których nie jest wymagana żadnego rodzaju koncentracja. Zapewniam cię, że takich momentów, nawet tylko 30- sekundowych jest w ciągu dnia całkiem sporo. Jest to sposób na relaks wzięty z huny, chociaż spotkałam się już z nim w zupełnie innych kontekstach, ale przecież nie o pochodzenie  tu chodzi. Wystarczy, jeśli zrozumiesz, że od czasu do czasu warto poszerzyć swoją percepcję bez napinania się w jakimś konkretnym celu, żeby odczuć, jak bardzo poszerza się twoja świadomość.

Kiedy teraz patrzysz na ten tekst i czytasz słowa znajdujące się przed tobą, spróbuj zrelaksować swój wzrok i pozwól, by pole twojego widzenia rozsunęło się na lewą i prawą stronę. Nie patrz bezpośrednio na nic po lewej i prawej stronie. Zamiast tego użyj widzenia peryferyjnego, aby zaobserwować to, co się tam znajduje. Możesz nie być w stanie widzieć dokładnie, albo ostro, więc druk może wydawać się rozmazany. To jest w porządku. Chociaż najpierw przeczytaj ten tekst do końca, bo jeśli już zacząłeś to ćwiczenie, nie zdołasz przeczytać liter. Twoją intencją jest teraz delikatne, bez żadnego wymuszania, ani napinania się pozwolić swojej świadomości otworzyć się szeroko na prawą i lewą stronę. Teraz, kiedy już to robisz, zauważ, jak to jest, kiedy pozwolisz, by twoje widzenie się rozszerzyło, zarówno na boki, jak i w dół i w górę. W ramach widzenia peryferyjnego możesz być w stanie jednocześnie widzieć swoje stopy, jak i kolor ścian wokół. Bez względu na to, co widzisz, pozwól swojej świadomości otworzyć się w delikatny sposób i zaobserwować to, co znajduje się jednocześnie nad i za komputerem. Pozwól swojemu wzrokowi cieszyć się bycia tak poszerzonym. Jak to jest być czujnie uważnym, kiedy twoja świadomość jest szeroko otwarta? Co się dzieje w twoim umyśle? Jest chaotyczny czy raczej spokojny i wyciszony? Czy twoje wewnętrzne doświadczenie obecnego momentu stało się bardziej zrelaksowane? Czy myślisz o przeszłości, lub przyszłości, czy znajdujesz się obecny tu i teraz. Czy jesteś w stanie zauważyć wewnętrzną przestrzeń, a nawet stałość teraźniejszości, kiedy dokładnie teraz poszerzasz swój wzrok?

Nie zapomnij o oddychaniu! Baw się tym doświadczeniem i zwyczajnie oddychaj. Nie ma potrzeby, żeby teraz wprowadzać specjalne procedury oddechowe i napinać mięśnie. Celem tej medytacji jest wypoczynek w swoim sercu, w swoim prawdziwym Ja. Pobyt tam jest najlepszym lekarstwem dla twojego ciała. Nawet jeśli trwa tylko 30 sekund. Tyle wystarczy, by zrekonfigurować tysiące błędnych myśli, ale gwarantuję ci, że po jego rozluźniającym działaniu nabierzesz ochoty na dłuższe wycieczki z głowy do samego siebie.

To ćwiczenie można też robić przy zamkniętych oczach i ma jeszcze mocniejsze działanie. A na koniec niespodzianka – kiedy już jesteś w tym miejscu wyraź małą prośbę. Ale nie trać czasu na drobiazgi, które widziała tylko twoja głowa. Powiedzmy, że boli cię kręgosłup. Nie daj się zwieść intelektowi. Kręgosłup jest tylko informatorem, że odciąłeś się od czegoś, co ma o wiele większą wartość, której się jednak wyparłeś. Z kręgosłupem najczęściej wiąże się brak poczucia bezpieczeństwa i przekonanie o braku wsparcia, więc to jest wartość, którą teraz możesz wybrać. Wybierz „jestem wspierany”, a ból kręgosłupa i mnóstwo innych sytuacji szykujących się do ataku, żeby ci udowodnić, że nie masz wsparcia, jest teraz odwoływanych. Nie mogą się już ujawnić po tym, kiedy wybierasz wsparcie. Nie czysto intelektualnie, ale z wnętrza siebie.

Chociaż za oknem pada i wszystko wydaje się zmierzać w stronę „jesiennych” niedomagań zastanów się, za co ty masz ochotę obwinić biedną jesień, żeby nie musieć zmierzyć się samemu ze sobą? A może lepiej znaleźć inną strategię na otrzymanie tego, czego się pragnie? Może zamiast zmuszać świat do dawania nam np. spokoju i opieki, bo my leżymy w łóżku, zapewnić sobie spokój i opiekę samemu w sercu i cieszyć się złotą polską jesienią?

 

 


7 Comments

LatarniaMorska · 15 września 2017 o 09:30

Dzień dobry! Bardzo dziękuję za artykuł, otworzył mi oczy na wiele spraw. Mam pytanie: co w takim razie, jakie przekonania mogą stać za problemami z drogami moczowymi, jak chociażby zapalenie pęcherza? Będę wdzięczna za odpowiedź :).

    Ida Smela · 16 września 2017 o 07:48

    Na rynku jest wiele książek z informacjami o psychosomatycznym podłożu naszych schorzeń. Do klasyki zalicza się m.in książkę Louisy Hay „Możesz uzdrowić swoje życie”, z której pozwoliłam sobie przytoczyć poniższą interpretację kłopotów i dolegliwości związanych z pęcherzem moczowym.
    Prawdopodobna przyczyna: Niepokój. Skostniałe poglądy. Obawa przed porzuceniem rutyny życia. Poczucie, że jest się lekceważonym.
    Nowy wzorzec mentalny: Z ulgą i łatwością odrzucam to, co stare i witam nowe w moim życiu. Jestem bezpieczny.
    Nie sugerowałabym się tym jednak aż tak ściśle, ponieważ tych interpretacji jest całkiem sporo. Dodatkowo pęcherz związany jest z uczuciem smutku, straty, lęku, drażliwości. poczucia bycia kontrolowanym i poczucia braku kontroli, gromadzenia niechęci do odpuszczenia. Czyli warto też zadać sobie pytania typu: W jakim miejscu życia odczuwam smutek i stratę? Kogo, lub co straciłem lub boję się utracić? Najważniejsze jest, że funkcje pewnych narządów (nerki i pęcherz wydalają nasze nieczyste płyny=emocje)są symbolicznym podpowiadaczem, o co chodzi. Ale czasem po prostu warto posłuchać siebie bez nadmiernego intelektualizowania, czyli poczuć i nazwać, że np. czuję się kontrolowana i to poczucie odpuścić. Niemniej, jeśli na początek potrzebujesz tej analitycznej tabelki to przewertuj internet bo tam jest sporo tych informacji dla intelektu. A potem wyjdź z głowy i zajmij się tym z poziomu serca 🙂

    belfanior · 19 września 2017 o 06:41

    Autorka wspomniala o metodach zaczerpnietych z Huny.Nawet w przypadku problemow z drogami moczowymi zasugerowalbym sprobowac…Poszukaj tzw.Metody calkowitego wybaczania.
    Sam kiedys mialem problemy z kregoslupem,troche to trwalo…Powysza metode zastosowalem na zasadze zartu…Po 5 minutowej sesji ruszalem sie normalnie-bez bolu!Najpierw szok!
    Potem zaczalem myslec,analizowac…
    Na marginesie-od 7 lat nie przyjmuje zadnych medykamentow…Mam 50 ze sporym okladem i niejednemu jeszcze bym leb ukrecil1
    🙂

      Ida Smela · 19 września 2017 o 17:35

      tak, wybaczanie to jest to, co załatwia czasem cały problem 🙂

Artur · 17 września 2017 o 19:52

Bardzo dziękuję za kolejny wspaniały artykuł. Masz świetne pióro, w łatwy sposób mówisz o wydawałoby się skomplikowanych sprawach. Świetnie mi się ciebie czyta. Dziękuję raz jeszcze

    Ida Smela · 19 września 2017 o 05:27

    dziękuję 🙂

belfanior · 19 września 2017 o 06:35

Artylul absolutnie niesamowity!Powiedzialbym wrecz ze zbiera w logiczna calosc wszystkie moje przemyslenia powstale na przestrzeni lat…Wklejam i rozpowszechniam gdzie sie da,niechaj wiecej i wiecej ludkow zdaje sobie z pewnych rzeczy sprawe!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane Posty

Sukces w życiu

Przyszłość może nam nie pasować

Co czujesz, gdy zadajesz sobie pytanie dotyczące czegoś w przyszłości? Żeby się przekonać, że w ogóle coś czujesz przerwij na chwilę czytanie tekstu i zadaj sobie pytanie o cokolwiek np. „Czy dostanę tę pracę?” „Czy Czytaj więcej…

Sukces w życiu

Złoty wiek – czy jesteśmy na niego gotowi?

Ostatnimi czasy rośnie zainteresowanie duchowością, a przynajmniej aspektem naszych duchowych możliwości kreacji. Coraz więcej osób przekonuje się, że na poziom naszego życia, zadowolenia, zdrowia i stan konta wpływa coś tak niewidzialnego jak świadomość i zdaje Czytaj więcej…

Sukces w życiu

Operacja na otwartym sercu

Kiedy czytasz ten tekst to pewnie zauważasz, że literki  zajmują w nim znacznie mniej miejsca, niż tło wokół nich. Rozejrzyj się po pomieszczeniu, w którym jesteś i sprawdź, jak dużo miejsca zajmują rzeczy np. meble, Czytaj więcej…