Wiem, wiem, cały internet jest pełen zapału do zbierania ziół i wiosennych kwiatów, więc jeśli teraz zaproponuję małą wycieczkę po mniszek, czy stokrotki pewnie pomyślicie, że się powtarzam.

Ale ręka do góry, jeśli dla kogoś tamte artykuły okazały się na tyle skuteczne, że postanowił porzucić miejskie klimaty i wybrać się z koszykiem do lasu, albo przynajmniej na najbliższą możliwie wolną od spalin łąkę. Już nie śmiem pytać, kogo z was poruszył temat ziół na tyle, że nie tylko wybrał się po ziółka, ale też zrobił z nich jakieś sensowny użytek, poza sławetnym zalaniem wrzątkiem garści zielonych listków. Niech zameldują się odważne i pracowite jak pszczółki jednostki, które dziergają własne miody i napitki z tysięcy kwiatów mniszka. Oczywiście, że takie osoby istnieją na tym świecie, bo inaczej skąd by się wzięły piękne zdjęcia owych pszczelarskich podróbek. Ale ja się pytam: co z resztą osób, które czasami czują się tak zapracowane i na tyle oddalone od krainy świeżego powietrza, że temat wykorzystania darów natury do poprawy swojego zdrowia, wydaje im się odległy o lata świetlne i jedyne, co potrafią w tej kwestii zrobić, to udać się po zakupy do najbliższych aptek? A niechby tylko po zakup ziół, już nie mówmy, że leków. Jednak dzisiaj podejmę próbę zainspirowania cię do spojrzenia na świat roślin tak, żeby świat stał się bardziej magiczny i piękny. Jeśli po tym wpisie spacery w naturze staną się dla ciebie okazją do przyniesienia choćby i jednego kwiatka to znaczy, że było warto.

W moich wpisach nie spodziewaj się stricte encyklopedycznych informacji, które notabene możesz łatwo wyszukać jednym kliknięciem na setkach internetowych stron. Osobiście nie należę do tego typu zbieraczy. Bardziej odpowiada mi takie ujęcie tematu, które w naturalny sposób skłoni do sięgnięcia po jakieś ziółko tylko dlatego, że jest ono prostym sposobem na jakieś konkretne zmiany. Zauważ określenie „prostym sposobem”, ponieważ dokładnie tak, jak w naturalny i niewymuszony żadnymi książkowymi informacjami sposób zachwycamy się zielenią traw pokrytych żółtymi plamami kwitnących mleczów i bielą stokrotek, tak w sposób zupełnie naturalny i nieuświadomiony poprawiamy swoje zdrowie energią tych roślin, jeśli tylko zdecydujemy się na większy kontakt z nimi. A co oznacza większy kontakt z roślinami?

Samo patrzenie na kwiaty…jest bardzo dobre. Powąchanie ich jest jeszcze lepsze. Ale relacje z niektórymi mogą być jeszcze mocniejsze – możemy je po prostu jeść. I proszę mi się tu nie dziwić, ponieważ większość roślin na świecie jest po prostu jadalna i to jadalna w bardziej prawdziwym tego słowa znaczeniu, niż tysiące produktów owiniętych w celofanowe papierki i podpisanych, jako produkty spożywcze.

Według ajurwedy wszystko, co zostało ugotowane ponad 3 godziny temu posiada już coraz mniej energii potrzebnej do odżywienia. Dodając sobie do tej informacji wiedzę na temat sztucznego nawożenia i spryskiwania środkami ochrony roślin, wiedzę o przetwarzaniu żywności, oraz wiedzę o szkodliwości opakowań z plastiku i aluminium (by wymienić tylko niektóre z problemów), możemy sobie śmiało powiedzieć, że właściwie nie mamy co jeść. Oczywiście wiele osób krzyknie z oburzeniem, że jak to: „przecież półki sklepowe wprost uginają się z nadmiaru jedzenia!” W świetle wielu podanych w ajurwedzie kryteriów, nasze jedzenie jest, by to łagodnie określić – nośnikiem bardzo kiepskich informacji. Ajurewda, najstarsza medycyna i ogólnie wiedza o życiu, nie bawiła się w jakieś tak dziwaczne kryteria, jak ilość spożytych kalorii czy jednostek cieplnych. Ba, ona nawet nie bawiła się w tak ścisłą kategoryzację, w jaką bawią się dzisiejsi wielbiciele chemii, którzy z lupą szukają kolejnych i kolejnych elementów składowych danej rośliny. A jednak znajdziemy w niej doskonałą wiedzę na temat wszystkich ziół, owoców i roślin jadalnych skatalogowaną w zupełnie inny sposób. Ta wiedza tkwi w nas w jakiejś ukrytej formie, bo ludzie na przestrzeni całych tysiącleci potrafili jakimś szóstym zmysłem użyć konkretnych roślin w bardzo konkretnych schorzeniach. Niech mi ktoś wytłumaczy, skąd taki chłop, żyjący dwieście lat temu na wsi, wiedział, że kwiat stokrotki zawiera substancje gorzkie, garbniki, kwasy organiczne, śluz, saponiny triterpenowe, olejki eteryczne, flawonoidy, kwasy fenolowe oraz znaczne ilości soli mineralnych?  I czy zdawał on sobie sprawę, że może wyizolować saponiny triterpenowe z części podziemnych stokrotki? Jeśli nie wiedział nic o korzonkach tego kwiatka, to może potrafił wyizolować z kwiatostanów związki flawonoidowe: apigeninę, kamferol oraz kwercetynę? Ciekawi mnie też czy doceniał on fakt, że głównymi składnikami olejku eterycznego pozyskiwanego ze stokrotki są monoterpeny (47-62%) oraz poliacetyleny (18-21%)?

Podejrzewam, że posądzacie mnie o złośliwość wobec ludzi lubiących badać takie chemiczne detale. Ale wcale nie neguję tego podejścia. Jest ono równie pomocne w zrozumieniu, dlaczego stokrotka działa na siniaki, jak i magiczne rozumowanie naszych przodków, którzy, nie mając żadnych możliwości badań chemicznych i tak korzystali częściej z dzikiej apteki, niż robimy to my, mając do dyspozycji przyrządy miernicze i co najważniejsze – wikipedię. Oprócz wikipedii mamy wiele innych opasłych tomiszczy opisujących dokładnie budowę i skład chemiczny tysięcy roślin i co z tym robimy?

Powiem wam, co robimy: nie mamy już siły przyswajać tylu danych, więc właściwie całą uzyskaną tą drogą informację po prostu kasujemy. Nie wierzycie? To zajrzyjcie do kilku przykładowych artykułów opisujących chemiczne właściwości jakiegoś ziółka. Możecie napawać się jakiś czas wspaniałością tej chwili zrozumienia i wiedzy, a potem wyłączcie internet i opiszcie to, co przeczytaliście, swoimi słowami. Gwarantuję wam, że nic z tego nie zostało wam w głowie (ewentualnie zostanie tam przez 5 minut). Ale najsmutniejsze jest to, że jakoś coraz mniej osób jest gotowych zaufać Matce Naturze, która w prosty i oczywisty sposób potrafi przekodować informacje zawarte w naszej pokręconej psychice, jeśli tylko zajrzymy do jej darmowego sklepiku.

A co wspólnego ma chodzenie na spacer po zioła z kwantowym ujęciem rzeczywistości? Zaraz to wytłumaczę. Po prostu spróbuj na chwilę zapomnieć o naturze jak o miejscu złożonym z elementów chemicznych. Brzmi dziwnie, ale nie nierealistycznie. Żeby ci ułatwić dodam, że każdy składnik chemiczny jest i tak nośnikiem pewnych energii, a idąc dalej tym tropem – odpowiednich informacji. Inne informacje ma w sobie aluminium, a zupełnie inne srebro. Zupełnie inny zestaw danych ma w sobie kwiatek mniszka, niż tabletki na wątrobę, nawet, jeśli są z tego mniszka zrobione.

I tym chytrym sposobem wyprowadziłam cię dzisiaj z murów miasta na spacer po zioła. A przyznasz, że teraz mamy ich całe mnóstwo i jeśli z nich nie korzystasz, to prawdopodobnie z powodu przeciążenia informacji w głowie, która to głowa wyłącza serce.

W kwantowym świecie należy najpierw tę głowę wyłączyć i zjechać windą właśnie do serca. To bardzo proste. Idziemy na zieloną łąkę i cieszymy się widokiem żółtego (białego też) kwiecia, a potem czekamy na intuicyjny przekaz od kwiatków.

Tak, wiem. Ta droga kontaktu jakoś została zerwana. Ale nie zniechęcajmy się. Prawda jest taka, że częściowo intuicja nas nie zawodzi. Nawet zwykłe zapomnienie o swoich troskach w zachwycie nad urodą kwiatów jest pierwszą leczniczą wskazówką, tylko jeszcze przez nas nieodkodowaną.

Czyż nie podziwiamy uroku zwykłego mniszka, czy nawet skromnej stokrotki i czy nie przychodzi nam wtedy na myśl, że chcemy ten kwiatek mieć? A po co chcemy go mieć? Przecież kwiaty stokrotki są tak niepozorne i drobne. I tu jest właśnie ukryta informacja: czasem w czymś kruchym i niepozornym kryje się moc olbrzyma.

Tylko jak tę moc można pozyskać? Po pierwsze należy spojrzeć na świat bardziej holograficznie i docenić, że wszystkie moce od roślin mogą przyjść do nas w różnej formie, ale najpierw je trzeba chcieć zauważyć. Odłóżmy więc tabelki o ilości kwasów, mikroelementów itp. na bok (tylko na chwilę, później można poczytać) i po prostu spójrzmy zakochanym wzrokiem na kwiat stokrotki. Jako dziecko uwielbiałam się nimi bawić i nadal uważam, że w swej maleńkości są prześliczne. Jakoś trudno mi było zrozumieć w wieku dorosłym, że w tym niepozornym kwiatuszku drzemią takie siły, albo inaczej takie informacje, które dzisiaj mnie bardzo interesują. Wianków ze stokrotek już dzisiaj nie plotę, ale z dużą przyjemnością lubię je widzieć, gdzie tylko się da. A da się nawet na zwykłej kanapce z masłem (czy jakąś pastą) lub na wykwintnym torcie.

Można zamrozić je w kostkach lodu, zamknąć w cukrowej polewie i posypać nimi herbatkę. Oprócz oka pocieszą nasze organy wewnętrzne, ponieważ stokrotka ma moce oczyszczające. Stokrotka jest maleńką, wirtualną szczoteczką do zamiatania w naszych drogach oddechowych, ale nie tylko. Czyści też skutecznie krew i cały organizm, ze szczególnym uwzględnieniem skóry. Jej nastrój do oczyszczania skóry pochwyciły koncerny kosmetyczne, odpowiednio korzystając z tych jej przymiotów. Ale czy my potrafimy skorzystać z tego na co dzień? Jeśli jest ci trudno zebrać się do robienia nalewek i tinktur z tej maciupeńkiej roślinki chcę cię namówić na mały kroczek w stronę nowego stylu życia. Otóż osobiście jestem zwolenniczką małych, ale przyjemnych dla mnie kroków w stronę tzw. wychodzenia poza strefę dotychczasowych działań. Jestem z natury bardzo uparta i potrzebuję czasu na zmiany, dlatego trudno mi się przełamać do zbierania ziół, robienia naparów, maści itp., na które potrzeba jest dużo czasu, a tego czasu nie zawsze mam pod dostatkiem. No i jak to pogodzić? Ja znalazłam swoje sposoby, którymi czasem się z tobą podzielę. Jednym z nich jest przynoszenie sobie od czasu do czasu ze spaceru jakiegoś drobnego ziółka, albo kwiecio- ziółka. Np. takimi kwiecio – ziółkami są mniszki, stokrotki i inne kwiaty, którymi po prostu można nacieszyć oczy i które potem mogę zjeść.

Generalnie w ziołolecznictwie chodzi o coś więcej, ale umówmy się, że żeby to coś więcej chcieć zrobić, najpierw trzeba zrobić coś mniej. Ja np. piję wodę z cytryną i płatkami kwiatów, albo jem chleb posypany różnym ślicznym kwieciem, które na przestrzeni roku się zmienia, co zresztą mogę od czasu do czasu pokazać w sesji fotograficznej, bo kwiatki nadają się do sesji zdjęciowej czasem bardziej niż niejedna modelka.

Wydaje się, że taki mały wyczyn, jak posypanie kanapki trzema stokrotkami (nie tymi z nawożonego sztucznie trawnika) nic nie znaczy. Ale śpieszę donieść, że znaczy bardzo wiele. W jednej małej stokrotce jest kilka razy więcej witaminy C niż w sałacie głowiastej kupionej w supermarkecie. Nie każcie mi tego przeliczać na gramy i objętości sałaty i stokrotki. Ważne, że mniejsza ilość stokrotki i tak jest silniejszą dawką witaminy C niż sałata. A to nie wszystko. Stokrotka wzmacnia organizm, oczyszcza nerki i wątrobę, a używana zewnętrznie pomaga na wiele problemów skórnych.

Jeśli chcesz zrobić większy krok w używaniu mocy stokrotek to po prostu zbierz ich cały słoik i zalej wszystkie oliwą. Słoik przykryj wieczkiem i odstaw na dwa tygodnie w ciemne i ciepłe miejsce. Od czasu do czasu wstrząśnij nim i pilnuj, żeby wszystkie kwiatki były cały czas zanurzone w oliwie. Po dwóch tygodniach możesz stokrotki odcedzić i używać tej stokrotkowej oliwki do smarowania ciała na różne dolegliwości, np. do rozjaśniania cery, piegów, przebarwień, na stłuczenia, siniaki, problemy reumatyczne. Wydaje się, że na świecie jest tyle preparatów na różne dolegliwości, ale czasami jedno konkretne ziółko jest właśnie najbardziej odpowiednie dla ciebie.

Jak już skusisz się na zebranie malutkich stokrotek to na pewno zauważysz rosnące wszędzie znacznie okazalsze i bardzie rzucające się w oczy żółte kwiaty mniszka. Potocznie nazywa się je mleczem (nieprawidłowo), ale umówmy się, że wiosną to to jest mlecz, po zakwitnięciu mniszek, a po przekwitnięciu dmuchawiec. Oczywiście, że tak naprawdę mlecz jest trochę inną roślinką (ogólnie podobną, ale u niego na jednej łodyżce potrafi rosnąć kilka kwiatów, a u mniszka jest zawsze tylko jeden kwiat na łodyżce) i jeśli zbieramy mniszek w określonym celu to starajmy się przynieść ten konkretny kwiat. Jeśli chodzi o właściwości zwykłego mlecza, to jego kwiaty są również jadalne i nie ma się co bać o zatrucie, chyba że jesteś papugą, to może to dla ciebie być różnica znacząca.

Zalety mniszka są tak ogromne, że powstałby tu kolejny elaborat, a tobie się pewnie śpieszy do lasu po kwiaty? Gdyby ci przyszło wylądować na łące pełnej tych pięknych żółtych kwiatów, to możesz zebrać ich nawet tysiąc w niecałe pół godziny. A potem możesz już bawić się w pszczółkę i robić z tego miód.

Znając jednak życie wiem, że nie każdy ma odwagę rzucać się od razu na tak wielki czyn. Tylko, że to nie powinno cię zniechęcać do mniszka. Tę cudowną roślinkę możesz wykorzystać dosłownie na tysiące sposobów. Ona jest jadalna od stóp do głów. Stopy, czyli korzonki sobie teraz daruj, ich skład chemiczny jest najlepszy jesienią. Co ja mówię – chemiczny. Obiecałam spojrzenie informacyjne, więc się poprawiam – co robi natura na jesień? Chowa się i zwija, starając się przechować wszelkie możliwe energie i informacje głębiej. Dlatego korzenie np. pokrzyw czy mniszka najlepiej jest zajadać jesienią.

Teraz mamy maj i ostatni dzwonek, żeby jeszcze spróbować w miarę dobrych, niezbyt gorzkich listków. Wszystkie nowo wyrastające są w miarę dobre, a jeśli są za gorzkie, to można je namoczyć w lekko osolonej wodzie przez ok. 2 godz. I nie muszę chyba ukrywać, że są to liście bardziej wartościowe, niż najdroższa i najmodniejsza sałata ze sklepu. Francuzi uwielbiają mniszek do tego stopnia, że wyhodowali sobie specjalnie jego odmianę z większymi i mniej gorzkimi liśćmi. Jeśli brak ci fantazji, co z tym ziołem zrobić, to znowu powiem: wszystko. Zacznij chociażby od posypywania płatkami kwiatów kanapki. Możesz postarać się o użycie w bardziej wykwintny sposób, a możesz to sypnąć całkiem zwyczajnie. Żeby kiedyś zaskoczyć bardziej globalnie, wystarczy czasem zrobić maleńki krok. Lubię styl działania metodą małych kroczków, czyli tzw. kaizen. Zanim przekonasz się do całego kwiatka, może zacznij podziwiać jego żółte płatki w sałatce. Potem okaże się, że zechcesz zrobić sobie z niego polską wersję sushi i wyparzone w wodzie  z solą liście nadziejesz jakąś ciekawą pastą?

Jeśli ci powiem, że nie byłoby dzisiaj problemu cukrzycy na świecie, gdyby wszyscy zaufali mniszkowi na łące to czy nie zaczniesz wchodzić z tym kwiatkiem w głębszą relację?

Na początek sypnij sobie płatki do zupy, a później może się w nim bardziej zakochasz.

Powyższym wpisem ogłaszam początek akcji, do której może włączyć się każdy ze swoim zdjęciem i pomysłem na wykorzystanie pięknych i leczniczych kwiatów.

Wydaje się, że to niewielki kroczek w zmianie świadomości zdrowotnej, ale sami rozumiecie, jak wielka jest różnica między dekoracją tortu zrobioną z tłustego i niezdrowego kremu, a pięknym przystrojeniem go prawdziwymi fiołkami.

 

Kategorie: Zdrowie

3 Comments

Joanna · 7 maja 2017 o 18:47

Przeczytałam od dechy do dechy i chylę czoło;
wartościowy wpis i na czasie;
osobiście robię miodek od wielu lat; w tym roku zamierzam wysuszyć kwiaty na herbatę jak i zajadać się korzeniem Mniszka.
Pozdrawiam

Ida Smela · 7 maja 2017 o 20:44

Cieszę się, że uznajesz za wartościowe takie tematy i jeszcze bardziej to, że sama należysz do tych pracowitych pszczółek, które robią miód. To ja chylę czoło. (:

pit · 14 czerwca 2017 o 22:24

Super 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane Posty

Zdrowie

Poskładaj się do kupy, zanim się rozłożysz

Zbliża się czas napięć i bardzo dużej gonitwy, którą uskuteczniają prawie wszyscy w tzw. okresie przedświątecznym. Zdarza się, że po tak burzliwych przygotowaniach niejeden zalega w święta w łóżku rozłożony na części pierwsze i już Czytaj więcej…

Zdrowie

Porozmawiaj z wątrobą!

Mój znajomy mieszkał w wieżowcu, w którym winda, z racji podeszłego wieku, często niedomagała. A już definitywnie odmawiała chęci współpracy, kiedy ktoś rzucił pod jej adresem jakąś niepochlebną opinię. Wtedy, z powodu wmontowanej złośliwości, stawała Czytaj więcej…

Zdrowie

Kwas mlekowy – dawny lek w nowej odsłonie

Postanowiłam przywrócić wpis o kwasie mlekowym sprzed paru miesięcy. Uważam, że właśnie teraz przyszedł na niego najlepszy czas. Bo kiedy, jak nie latem pijemy orzeźwiające lemoniadki? Kwas mlekowy co prawda lemoniadką nie jest, ale da się Czytaj więcej…